k. konwicki.art.pl
O twórczości Tadeusza Konwickiego

Opinie

Gustaw Holoubek

Kiedy Tadeusz Konwicki objawił się ze swoim planami kręcenia filmu na podstawie Dziadów, i to w takim pomyśle, aby rola bo­hatera była rolą podwójną, to znaczy Mic­kiewiczowskiego Gustawa-Konrada w po­staci młodego człowieka i starego bohatera, który miał stanowić alter ego samego poety, ogarnęło mnie podniecenie i strach. Staną­łem wobec jego propozycji osłupiały, od po­czątku zdając sobie sprawę, że jest to zada­nie karkołomne.

Wydawało mi się, że zamknąłem już swoje Dziady przedstawieniem Dejmka z 1967 roku i że siłą rzeczy nigdy do tej roli nie wrócę. Tymczasem ta propozycja kaza­ła mi do niej wrócić. Dlaczego kazała? Dla­tego, że robił to Tadeusz Konwicki, nie tyl­ko mój przyjaciel, ale wielki pisarz, człowiek o niesłychanej wrażliwości. Kiedy zaczę­liśmy o tym dyskutować, opowiedział mi o rzeczy intymnej, a trzeba wiedzieć, że do tego typu zwierzeń bardzo trudno Konwic­kiego namówić. Kiedy wziął z półki w swo­jej bibliotece domowej egzemplarz Dzia­dów i zaczął czytać pierwszą stronę, już nie oderwał się od lektury, pochłonął je jednym tchem. Sądzę, i to już jest moja supozycja, że nie tylko samo dzieło, ale także duch miej­sca, z którym jest ono związane, nagle ode­zwały się w Konwickim. Bo on jest z tego samego Wilna, z tej samej Wileńszczyzny, tych samych lasów i pól, z tych samych ulic, zabytków, kościołów, z tego samego klaszto­ru Ojców Bazylianów. Tadeusz chodził tymi samymi ścieżkami, tkwił w tym krajobrazie od dzieciństwa. Ale sama nostalgia nie wy­starczyłaby, gdyby Konwicki nie zobaczył jeszcze czegoś więcej, mianowicie: zgodno­ści słów Mickiewicza z naszym czasem. I to zgodności przejmującej. Nawroty do filmo­wych impresji ze współczesności, z tego, co przeżyliśmy po Mickiewiczu, przypomina­ją o naszym nieustannym syndromie trage­dii i o niespożytym duchu, który nie daje nam zginąć.

Tak więc kiedy otrzymałem scenariusz Lawy, nie miałem cienia wątpliwości, że trzeba się do tego zabrać, jak również nie miałem cienia wątpliwości, że będę się tego ogromnie bał.1

Andrzej Łapicki

Tadzio zawsze dzielił swoje zainteresowania dialogowe między mnie i Holoubka. To jest układ nie pozbawiony dziwnych podtekstów. Tadzio zna dobrze Gucia. Myślę, że jest zafascynowany jego, widoczną choćby na scenie, diabolicznością. Zachowuje się wobec niego jak mężczyzna wobec kochanki. Wie o wszystkim, ale kocha. Takie to zawiłe.

Ze mną sprawa jest czysta. Ja go w tym stopniu nie interesuję. Po prostu jesteśmy z tego samego pokolenia, mamy podobne poglądy, lektury. To jest takich dwóch chłopców z przedwojennego gimnazjum.

(…) Tadzio miał wielki dylemat, kogo obsadzić w głównej roli w „Jak daleko stąd, jak blisko”. W końcu zdecydował się na mnie, a Gucio, ku swemu wielkiemu rozczarowaniu, zagrał alter ego bohatera. Do dziś nie może tego Tadziowi darować.

(…) W późniejszych filmach Tadzio obsadzał mnie „śladowo”. Pewnie uznał, że w „Jak daleko stąd, jak blisko” do końca wypowiedziałem się na temat — Tadeusz Konwicki. „Lawa” była dla Holoubka. Ja miałem tam tylko udział honorowy. Zapytał, czy bym się zgodził na cara. Wpadłem z radością na godzinę i to wykonałem. Potem on już nic nie robił.

Teraz sobie gadamy, razem się starzejemy.2

Jerzy Kawalerowicz

Niewątpliwie Tadeusz Konwicki był osobowością, która mnie bardzo odpowiadała. Do pewnego momentu mieliśmy wspólny sposób myślenia. Świetnie rozumieliśmy się. Pracowaliśmy przy scenariuszach przez lata. On zainspirował realizację wielu filmów, nie tylko moich. Miał wielki wpływ nie tylko na literacką stronę polskiej „szkoły filmowej” i innych produkcji. Podejrzewam, że ja jemu też coś dałem z mojego myślenia filmowego. Teraz rzadko się spotykamy, brak czasu, ale kiedyś spotykaliśmy często, niby na płaszczyźnie zawodowej, ale tak naprawdę to były spotkania roboczo-przyjacielskie.3

Ryszard Matuszewski

Ma też swoją wymowę fakt, że lata istnienia stolika były zarazem — czy to przypadek? — okresem najbujniejszego rozkwitu talentu Tadzia. Najwyraźniej to on właśnie aury tego stolika potrzebował, skoro początek jego prawdziwych pisarskich i filmowych sukcesów, takich jak powieść „Dziura w niebie” (świetny debiut „Rojsty” to tylko wczesna zapowiedź tych sukcesów) czy film „Ostatni dzień lata” zbiegł się z momentem, w którym Irenka [Szymańska] zaangażowała Tadziowi ów stolik. Sam on przyznaje, że przedtem była to tylko smutna para dwu szyderców, Tadzia i Lola Tyrmanda, marzącego jedynie o tym, by dać dyla z nielubianego PRL-u. Podobnie ostatnie fajerwerki prozy Tadzia — „Bohiń” (1987), „Zorze wieczorne” (1991) i „Czytadło (1992) osobliwym trafem przypadają na końcowe lata istnienia stolika. Zlikwidowawszy stolik, Tadzio milknie, przestaje pisać. Czy to przypadek?4

Adam Michnik

Niewielu znam ludzi, którzy by mieli w sobie taką prawość, głębię, intelekt, rzetelność i odwagę duchową, jak Tadeusz Konwicki. To jest po prostu taki niezwykły człowiek i niezwykły pisarz. Ja go kocham. (…) To jeden z najwspanialszych ludzi, jacy dziś są na kuli ziemskiej. (…) Tadeusz to jest guru w moim życiu.5

Kazimierz Kutz

Był pierwszym kierownikiem literackim Zespołu Filmowego „Kadr” i odegrał wielką rolę w rozwoju powojennego kina. Skojarzył swoją generację pisarzy z młodszymi filmowcami i dzięki temu „cud” nazywany potem „polską szkołą filmową” mógł zaistnieć. (…) Tadeusz nicował swoje książki przez całe lata i w pejzażu polskiego kina ma swoje poczesne miejsce.6

Leopold Tyrmand

Pastwiono się nad niejakim Konwickim — młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie. A jednak okazało się „nie takie”. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar — Melania Kierczyńska, Adam Ważyk — informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie — dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba tylko w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiemu już chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, czyli Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu. Litowałem się nad sobą, nie nad Konwickim; ten ma w końcu, co sam chce, o co się stara i walczy; zresztą odpowiednie komórki zawsze podsuną mu parę złotych, z głodu nie zginie, póki ma partyjną legitymację w kieszeni. Ale ja?7

Stefan Kisielewski

Tadeusz Konwicki — bardzo dobry pisarz, tylko nie w moim guście, bo taki okropnie uczuciowy i impresyjny. Ale na przykład ta jego niedoceniona książeczka o Nowym Świecie, to jest o Polsce Ludowej i z sentymentem właściwie napisana. On niby ten opozycjonista się zrobił, a to jest książka o tym, jak tu się żyje. Ciekawa ewolucja… Ja nie lubię tych „Dziadów”, to nie w moim guście. Zresztą w ogóle „Dziadów” nie lubię, choć Mickiewicza szalenie… Ciekawy jest Konwicki, ale jak się przeczyta jedną jego książkę, to się wszystko o nim wie. Z wyjątkiem chyba tej o Nowym Świecie, no i z wyjątkiem „Władzy”, której drugiego tomu nie dokończył, bo w trakcie pisania sytuacja się całkowicie zmieniła i Gomułka ponownie doszedł do władzy… Ale talent wielki na pewno, wrodzony talent.8

Jerzy Pilch

Konwicki — pisarz fundamentalnie ważny. Od pewnego upalnego lata, gdy jako dziewiętnastolatek przeczytałem w starym domu w Wiśle „Nic albo nic”, aż do dziś. Wracam do niektórych rzeczy, myślę o jego obecnym milczeniu. Dał sposób pisania i co może ważniejsze — sposób widzenia świata. Samozwańczo mam się za jego ucznia.9

1 Powrót po dwudziestu jeden latach. Z Gustawem Holoubkiem o roli Poety w Lawie rozmawia Małgorzata Terlecka-Reksnis, „Litteraria Copernicana” 2008, nr 1: „Konwicki”. Wywiad jest fragmentem książki M. Terleckiej-Reksnis Czarodziej ze Zwie­rzyńca. Rozmowy z Gustawem Holoubkiem.

2 Po pierwsze, zachować dystans. Z Andrzejem Łapickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba, Warszawa 1999, s. 142-143.

3 M. Dipont, St. Zawiśliński, Faraon kina, Wydawnictwo „Skorpion”, Warszawa 1997, s. 87-88.

4 R. Matuszewski, Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka, Warszawa 2004, s. 217-218.

5 J. Rakowiecki, Adam Michnik. Kogo kocham, kogo lubię…, [w:] Viva! 30 najlepszych wywiadów, Warszawa [b. r.], s. 44.

6 K. Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1999, s. 165.

7 L. Tyrmand, Dziennik 1954, RES PUBLICA, Warszawa 1989, wyd. krajowe I, s. 115-116.

8 S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 47-48.

8 A. Wolny-Hamkało, Wyjmuję rewolwer. Rozmowa z Jerzym Pilchem, „Gazeta Wyborcza” 14 IV 2008.

konwicki.art.pl > Opinie

z Google

© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS