k. konwicki.art.pl
O twórczości Tadeusza Konwickiego

Listopad 2006

Życie po cudzie, czyli „Kompleks polski” dzisiaj Jarosław Bytner

1. Życie po cudzie

Tak, ma pan rację. Czekam na cud.1 Nie raz potwierdza tę prawdę pan K., bohater i narrator „Kompleksu polskiego”. Ja czuję już gorąco tego cudu, dziwny podniecający zapach tego cudu, słyszę niebiański głos tego cudu, właściwie nie tyle głos, co tajemnicze mormorando, astralne brzęczenie, niespokojny szum pulsarów, białych karłów albo dziur antymaterii. Z tego nieskończonego śmietnika idzie do mnie poznanie, pełznie jakaś prosta formuła sensu, cieknie spokój zrozumienia (24-25). I kto odważyłby się dziś powiedzieć, że cud, ten polski największy i nieprzytomnie oczekiwany, nie nastąpił? Korozja totalitarnego systemu ostatecznie przebiegła nadzwyczaj pomyślnie. Owszem, i tak przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie powie dzisiaj, że utleniły się dawne układy i majątki, czy że właśnie nie powstają nowe, ale też nikt nie zaprzeczy, iż wokół jednak bardziej demokratycznie, liberalnie, bardziej kolorowo. Jak dotąd, przynajmniej. No i znowuż w Europie, wraz z bratankami oraz niektórymi z braci Słowian. Jeśli więc — a tyle na to wskazuje — powinno w końcu być normalnie, skąd znów ta codzienna, jak mgła przylegająca, nieokreśloność? A przecież piszę o tym tylko, co widzę na co dzień. Rozgoryczenie. Bez nadziei na lepsze życie. Znużenie bezczelnością władzy, jej ignorancją. Znużenie polityczną klaunadą. Permanentnym, partykularnym redefiniowaniem wolności. W społecznym i politycznym wymiarze brakuje już nawet nie cudu, ale chyba nawet jego wyobrażenia. Niby więc wolni, a znów stęsknieni za jakąś prostą formułą sensu, spokojem zrozumienia? Pewnie, że zawsze można obwarować się we własnej enklawie. W jednym z esejów jakoś ładnie to ujął Jurij Andruchowycz: Choć właśnie takim jak ja na tym świecie zawsze pozostaje jeszcze coś: eskapizm, twierdza z alkoholu, seksu i muzyki, wewnętrzna albo i realna emigracja, niezaangażowanie, nieobecność, pisanie — jeśli naprawdę przycisną — do szuflady, samotność i gorycz.2 Ale przecież w tej sytuacji oblężenia przez agresywną rzeczywistość (polityczną, społeczną, ekonomiczną, kulturową), w enklawie także potrzeba jakiegoś wyższego sensu. Mam nadzieję, że jeszcze, że przynajmniej niektórym.

2. Aksjomaty

„Kompleks polski” ma prawie trzydzieści lat. Ukazał się w 1977 roku w Niezależnej Oficynie Wydawniczej, jako trzeci numer „Zapisu”3. Był pierwszą polską powieścią wydaną w PRL-u w warunkach konspiracji i do tego od razu techniką offsetową, co przekładało się — przy wysokości nakładu 3500 egzemplarzy — na dotarcie do szerokiego, jak na niezależną publikację, kręgu czytelników. Kompozycja powieści to trzy przeplatające się wątki: fabularny, eseistyczny oraz paraboliczny. I jeszcze przewrotnie ironiczny list emigranta. Wszystko to oczywiste, znane, nie wymagające rozwinięcia czy interpretacji. Przypomnę tylko o dwóch parabolach, bo akurat są dla tych rozważań istotne. Te wtrącone historie z powstania styczniowego zyskują w książce Konwickiego charakter przypowieści: swoistych wykładni polskich losów. Są to opowieści o dwóch tragicznych powstańczych losach: Zygmunta Mineyki, młodego pułkownika, tworzącego na Litwie zbrojną partię, oraz Romualda Traugutta, przedostatniego dyktatora polskiej narodowej irredenty 1863 roku. Pierwszy, zdradzony, schwytany, wiedziony na szubienicę, odczytuje jeszcze z ust tego, który go sprzedał pytanie: Czy warto było? (69) Pełna wątpliwości i obaw, co do racji prowadzonej walki oraz ponoszonych ofiar, jest także kochana przez Traugutta kobieta; ostatniej przed rozstaniem nocy pyta: Czy był sens powstawać przeciw takiej sile? (…) Zdradzieccy wodzowie, głupi politycy, niechętne sobie warstwy narodu, a wszędzie armia szpiegów. Czasem nachodzi mnie straszna myśl, że powstanie trwa jeszcze tylko dlatego, gdyż podtrzymują je policyjni prowokatorzy (155). Traugutt, świadomy swego losu, odpowiada ukochanej, ale to także ideowy respons udzielony tak zdrajcy, jak i zdradzonemu pułkownikowi: Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus (155). Nie ma innej drogi, (…). Nie ma innej drogi, jeśli nie chcemy znikczemnieć, skarleć i umrzeć we wzgardzie innych ludów (156). I trudno o bardziej przejmujące i jednoznaczne credo. Jeśli jesteś uczciwym człowiekiem, postępujesz zgodnie z sumieniem, jesteś, czujesz się cząstką tego narodu, nie ma niekiedy innej drogi, jak tylko ta przez śmierć: (…) jakim prawem miałbym strzec swego życia? Czyż ono nie takie samo jak wszystkie inne? (159). Poświęcenie sprawie i śmierć były dla styczniowych konspiratorów w zasadzie jedynymi pewnymi wyborami. W polskiej literaturze wiele o świadomości nieuchronnej klęski i powszechnego osaczenia powstańców roku 1863 powiedział Władysław L. Terlecki.4 W „Dwóch głowach ptaka” (1970), Aleksander Waszkowski, uczestnik brawurowej akcji przejęcia skarbu Banku Królestwa Polskiego przeprowadzonej w Warszawie w czerwcu 1863 roku, ostatni dyktator powstania, osaczany jest nie tylko przez konfidentów, świadomość beznadziejności prowadzenia dalszej walki, czy represji Rosjan wobec swojej najbliższej rodziny, ale też pytania tych, od których oczekiwał pomocy. Ich: Po co?5 powraca, jak szydercze echo, w pytaniu zdrajcy z „Kompleksu polskiego”: Czy warto było? Ale bohater Terleckiego także nie ma wątpliwości, iż inaczej nie można.6 To więc imperatyw wyboru heroicznego, dla większości bezimiennego przecież bohaterstwa. Wybór prawdziwy, bo sankcjonowany własną ofiarą: poświęceniem rodziny, krwią, więzieniem, życiem. Posągowy i patetyczny. Wykładnia dwóch przypowieści „Kompleksu polskiego” to ideologiczny oraz moralny kontrapunkt fabularnego i eseistycznego wątku książki Konwickiego. Wobec Polski bohatera powieści: lat siedemdziesiątych, rzeczywistości nieokreślonej, rozmazanej, bez konturów, społeczeństwa zdezintegrowanego, pełnego wzajemnych podejrzeń i urazów, w ogonku kolejki przed sklepem państwowej firmy „Jubiler” (5), w Wigilię Bożego Narodzenia, w kraju okupowanym przez Rosjan, oczekującego za radzieckim złotem czy tylko samowarami… I wobec eseistycznych rozważań narratora, podejmującego próbę wyjaśniania i rozstrzygania polskich imponderabiliów, które — o czym każdy urodzony tutaj wie — iż nie tylko są, jak śpiewał bard7, nieprzetłumaczalne na obce języki, ale i często niezrozumiałe dla nas samych.

Konwickiemu rzadko kiedy w książkach zdarzało się zajmować tak jednoznaczną postawę. Bez wątpienia jest tak, że niekiedy wystarczy, a zazwyczaj po prostu wypada, ważną rzecz powiedzieć tylko raz. Powtarzana nabiera moralizatorskiego nadęcia, ciężkawego patosu. „Mała Apokalipsa” (1979), następna powieść, bezlitośnie ironiczna i już bez żadnej przypowieści, rozlicza całe społeczeństwo, z konspiratorami końca lat siedemdziesiątych na czele. Paraboliczne opowieści o heroicznym tragizmie dwóch bohaterów powstania styczniowego pozwalają więc, jak sądzę, określić stanowisko pisarza wobec dramatu narodowych dziejów oraz ówczesnej rzeczywistości zniewolonego kraju i jego zsowietyzowanego społeczeństwa. Wyznaczają patriotyczny standard najwyższej klasy: wymagający największej ofiary, ale właśnie przez nią sankcjonujący sens polskich dziejów i nieustannych poświęceń kolejnych pokoleń. Przywołani przez Konwickiego w „Kompleksie polskim” żołnierze irredenty 1863 roku nie byli przecież ostatnimi potwierdzającymi swoim życiem słuszność tego patriotycznego, irracjonalnego i straceńczego polskiego wyboru. W XX wieku znaleźli legiony godnych siebie naśladowców.

3. Dzisiaj

Jak się mają strażnicy narodowych imponderabiliów w XXI wieku, pod koniec 2006 roku? Cóż tam zresztą imponderabilia, gdy szpitale bez lekarzy i pielęgniarek, w szkołach chowają się niedobitki nauczycieli, a na placach budów podpierają łopaty ostatni robotnicy. I udziela się jakoś nastrój powszechnego exodusu. I wydaje się, co więcej, całkiem rozsądną propozycją. Dla wielu zresztą jedyną na odnalezienie sensu w ogóle: znalezienia pracy i ułożenia sobie godnego, normalnego życia, dla innych szansą, by swój los uczynić jeszcze lepszym, a siebie zamożniejszym. W obu przypadkach, gdy już się spróbuje, zazwyczaj ulatniają się resztki wątpliwości i rozwiewa nostalgiczna iluzja, że warto tu wracać. Po co? Ewentualnie po latach, z otwartą furtką i kontem, gdzieś nad Tamizą, Liffey czy gdzie tam jeszcze będą nas niebawem chcieli.

Być może najbardziej dojmującym polskim doświadczeniem po roku 1989 jest poczucie ostatecznej utraty wiary w podstawowe kompetencje umysłowe ludzi władzy, a także, co gorsza, w ich elementarną uczciwość, czyste intencje, poczucie przyzwoitości. Można by jeszcze od biedy jakoś z tym żyć, gdyby nie nakładała się na to frustracja społeczna i ekonomiczna. Nie wiem na ile masowa emigracja zarobkowa setek tysięcy ludzi budzi niepokój rządowych reformatorów i moralistów. Wątpię, by się tym specjalnie przejmowali i szukali, byli w stanie, znaleźć jakieś rozwiązania. Łatwiej o wiele schować do szuflady uniwersytecki dyplom i zacząć od podstaw budować swój dom gdzieś nad brzegami obcych rzek. Wszystko to uderza w paradygmaty tradycji, nadkrusza poczucie narodowej tożsamości. Jeśli państwo nie potrafi zapewnić obywatelom godnego życia, a znajdują je oni, z większą czy mniejszą łatwością, poza granicami, trudno by towarzyszył im patriotyczny etos. Trudno też by był z tymi, którzy w kraju zmagają się z codziennymi patologiami, absurdami i biedą. Oto jesteśmy świadkami uchylenia znaczenia paradygmatu. Postawy i wzorce, które jeszcze kilkanaście lat temu były moralnie i społecznie wartościami niepodważalnymi, po upadku komunizmu i wyeliminowaniu oczywistego wroga, straciły na znaczeniu nie tylko przez brak możliwości ich bezpośredniego, praktycznego zastosowania. Przyczyniła się do tego także stopniowa korozja instytucji państwa, wywołana i napędzana postępującą degrengoladą kolejnych rządów. Nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić komu dziś można by zadać pytania: Po co?, Czy warto było? I tych armii z ochotników formowanych na obczyźnie, przez morza i lądy, sunących na odsiecz krajowi na apel jednego czy drugiego ministra obecnego rządu.

Żyjemy w świecie po cudzie. I w świecie — to wszak najważniejsze — w którym każdy może dokonywać wyborów. Każdych, także wobec narodowej tożsamości. Rozważania powyższe, przez ogrom poruszonej problematyki zarysowane tylko ogólnie, hasłowo, w intencji autora do tego właśnie miały skłaniać. I do refleksji o nowych kategoriach polskich kompleksach, zrodzonych już w suwerennym i demokratycznym kraju.

© 2006 Jarosław Bytner

1 T. Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 1990, s. 9. Kolejne cytaty z powieści według tego wydania, w nawiasie strona, z której pochodzą.

2 J. Andruchowycz, Ostatnie terytorium. Eseje o Ukrainie, przeł. O. Hniatuk, K. Kotyńska, L. Stefanowska, Wołowiec 2002, s. 127.

3 Jako osobne numery „Zapisu” ukazały się także dwie inne książki Konwickiego: „Mała Apokalipsa” (nr 10 z 1979 r.) oraz „Wschody i zachody księżyca” (nr 21 z 1982 r.).

4 „Twarze 1863”, najsłynniejszy cykl utworów W. Terleckiego, poświęcony powstaniu styczniowemu; tworzą cztery powieści: „Spisek” (1966), „Dwie głowy ptaka” (1970), „Powrót z Carskiego Sioła” (1973), oraz „Rośnie las” (1977). O powstaniu roku 1863 Terlecki pisał także m.in. w „Lamencie” (1984).

5 W. Terlecki, Dwie głowy ptaka, Warszawa 1996, s. 47. Po co? — pytali, kiedy już decydował się wyjawić tajemnicę. — Po co? Skoro ruch upadł ostatecznie. Nawet oddziały walczące w lasach praktycznie nie istnieją. Nim zgarnięto Traugutta, a za nim ową resztkę niedobitków — tłumaczyli nie ukrywając gniewu — można było widzieć sens w zbrojnym działaniu. Kurtyna wówczas jeszcze nie opadła. Teraz to jest tylko szaleństwo. Chryste! — unosił się, ilekroć słyszał podobne słowa, a trzeba przyznać, że w każdym niemal przypadku ta argumentacja wyglądała podobnie — a ciągłość władzy? (…) A ciągłość idei? Czy ona nie istnieje? Czy na waszym oczach nie została potwierdzona najwyższym świadectwem, bo śmiercią setek ludzi?

6 Szczegółowa interpretacja postępowania A. Waszkowskiego [w:] W. Kruszona, Od kultu rozumu do nihilizmu. Opis kryzysu kultury europejskiej w powieściach Władysława Lecha Terleckiego o powstaniu styczniowym i jego następstwach. Rozprawa doktorska napisana z Zakładzie Teorii i Literatury XX wieku UAM w Poznaniu pod kierunkiem prof. dr hab. R. K. Przybylskiego, Poznań 2001.

7 J. Kaczmarski, Rozbite oddziały, [w:] Rozbite oddziały. Wiersze i piosenki 1985-1988, Montricher 1988, s. 30.

konwicki.art.pl > Interpretacje > Życie po cudzie, czyli „Kompleks polski” dzisiaj

z Google

© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS