Lipiec 2006
„Dziura w niebie” swą premierę miała w roku 1959, czyli rok po filmowym debiucie Tadeusza Konwickiego („Ostatni dzień lata”). Jeśli uznamy, a uznać możemy, że wszystkie filmy Konwickiego poruszają ten sam problem — dręczące zapamiętanie „czegoś”, i że jak się przeczyta jedną jego książkę, to się wszystko o nim wie, jak zauważył kiedyś Stefan Kisielewski („Abecadło Kisiela”), to „Dziura w niebie”, pisana zapewne w tym samym albo zbliżonym czasie, kiedy powstawał „Ostatni dzień lata”, jest początkiem całego monotematycznego „zrzędzenia” Konwickiego, przy czym w tym wypadku słowa zrzędzenie nie uważam za określenie pejoratywne, bo to jest po prostu pewna patetyczna wierność sobie albo szlachetny monotematyzm (…) podniosła obsesja twórcza1 pisarza. A monotematyczność w przypadku twórczości Konwickiego oznacza jednocześnie autotematyzm.
Nie będzie w niebie dziury, nie zrobi się dziura w niebie — o sprawie, która nie pociągnie za sobą poważniejszych następstw — mówi słownik języka polskiego. Ale u Konwickiego ta przysłowiowa „dziura w niebie” jest, i to w samym tytule! A więc tym bardziej przyjąć możemy, że powieść „Dziura w niebie” otwiera w pewien sposób nowy etap w twórczości Konwickiego i inauguruje ożywczy — w stosunku do dotychczas powstałych — cykl książek o podobnej tematyce — jako to słownikowe „następstwo dziury w niebie”.
Kolejna możliwa interpretacja tytułu, jeszcze nie nadinterpretacja — „dziura” jako „dolina”, bo słownik wyrazów bliskoznacznych każe nam uznawać „dolinę” za „dziurę”, albo jeszcze inaczej: wieś, w której toczy się akcja powieści, Młyny Dolne, nazwać możemy „dziurą”, zaściankiem, zapomnianą nawet przez Pana Boga wsią, w której panuje „niebiański” spokój niezmiennej i „niezmienialnej” prowincji.
Istnieje zatem cała mnogość interpretacji tytułu, podobnie jak w przypadku filmu „Salto” (1965) Konwickiego. A zatem wnioskiem, jaki możemy wyciągnąć z samych li tylko rozważań nad tytułem książki niechaj będzie: że to nie jest bynajmniej banalna powieść o podwórkowej „wojnie” dzieciaków. Nie jest to może konflikt okrutny, obnażający bezwzględność małych żołnierzy, jak w przypadku „Władcy much” Williama Goldinga, niemniej sprawa jest poważna. I będzie poważna dopóty, dopóki bohaterowie nie zaczną dojrzewać, wchodzić powoli w świat dorosłych, w pewien sposób obojętnieć na sprawy dotychczas dla nich nadrzędne. Drugi zatem problem poruszany w powieści — inicjacja. Jest też idąca z nią w parze pierwsza miłość głównego bohatera — Polka. Przedstawiona w „Dziurze w niebie” historia miłosna powróci w bardzo podobnej formie w „Kronice wypadków miłosnych”, czyli „młodzieżowej”, tak ją określmy, powieści Kowickiego z 1974 roku, gdzie Polek zamieni się w nieco starszego odeń Witolda, bezwzględna Wisia Puciałłówna w pannę Alinę, a nieszczęsna Paćka w odrzuconą przez Witolda Gretę. Brat Grety, Engel, będzie natomiast pewnym odpowiednikiem Strupla z „Dziury w niebie”, czyli chłopca pochodzenia niemieckiego, który wolałby Niemcem jednak nie być.
Polek jest oczywiście portretem małego Konwickiego — wychowuje go babka Linsrumowa, a zauważmy, że rzeczywista babka pisarza miała nazwisko nad wyraz podobnie brzmiące: Blinstrubowa. Poza tym Polek jako mały chłopiec przeżył śmierć ojca i teraz bardzo ciężko doświadcza jego brak, toteż problem ten powraca w książce niejednokrotnie.
Często wspominał Konwicki, czy to w swoich łże-dziennikach, czy w wywiadach, że będąc dzieckiem, a właściwie dorastającym już chłopcem, często odczuwał kompleksy wynikające z niskiego wzrostu. I aby zrównać się wysokością z dziewczynami, które mu się podobały, musiał, męcząc się, chodzić na palcach. Tak samo Polek: uniósł się jeszcze bardziej na palcach i raczej już płynął w powietrzu, niż szedł po ziemi2 albo: Pacia stała przed nim w cienkiej bluzce i krótkich spodenkach, muskularna, zwinna i, dolo nieszczęsna, o pół głowy wyższa.3
Najważniejszym jednak motywem „Dziury w niebie”, bo po raz pierwszy wprowadzonym, później już tylko konsekwentnie kontynuowanym przez Konwickiego, jest motyw wędrowca, nieznajomego, który przybywa (wraca?) do „doliny”, tutaj: aby w rezultacie popełnić samobójstwo. Co najważniejsze, denat pozostawia po sobie rękopis, z którego wywnioskować możemy, iż stanowi on (denat, nie rękopis) niewątpliwe alter ego Konwickiego. Dowodem na to niech będzie fakt, że ów nieznajomy jest zarazem wcieleniem przyszłych losów Polka, którego wcześniej uznaliśmy już za uosobienie małego Konwickiego. Samobójca pisał: Dla niej agrafką wydrapałem sobie z nosa pieg (…). (…) Gdy w duszy mojej zagościł pierwszy wirus uczucia, byłem od niej niższy o pół głowy.4 — a więc identycznie, jak Polek. Niski wzrost był, jak już wspomniałam, także domeną Konwickiego, o piegu natomiast Mistrz nigdy nie donosił… Czytamy również w dzienniku samobójcy: Połowę lat swoich przyglądałem się wszystkiemu przez szpary, dlatego może, jak już wychynąłem w życie — to na łeb na szyję.5 — można dopatrywać się tu traumatycznych doświadczeń Konwickiego, który często opowiadał o tym, jak pozostawiano go a całe dnie i noce samego, zamkniętego w domu, a on modlił się w tym czasie o jakąś choćby najmniejszą „szparę” w drzwiach, w niedomkniętym oknie, dającą mu szansę na jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym, uwalniającą od klaustrofobicznego poczucia strachu. Podobne zresztą wspomnienia dręczą Darka, głównego bohatera powieści „Nic albo nic” (1971) Konwickiego: Zamykanie drzwi i okien to najokrutniejsza tortura mego dzieciństwa. Zaczęło się to po śmierci ojca. Miałem wtedy niecałe trzy lata. Matka, a później moi różni opiekunowie, wychodząc rano do pracy i zostawiając mnie samego w domu, zamykali starannie wszystkie okna i drzwi. Nigdy nie zapomnę chrobotu przekręcanego klucza ani jako znaku uwięzienia, ani jako symbolu wolności. Zostawałem na cały dzień sam i patrzyłem aż do zmroku przez brudną szybę na cząstki martwego życia: na pochyłość dachów, na węgły murów, na dalekie czuby drzew, na powolnie żeglujące obłoki, na odległe rozbłyski piorunów. Nigdy nie widziałem ludzi i to z pewnością potęgowało mój uraz. Codziennie rano na klęczkach i z płaczem błagałem o małą, najmniejszą szparkę w oknie, o nieprzekręcanie klucza po drugiej stronie drzwi. Tłumaczono to moimi kaprysami, dziwactwem, egoistycznym brakiem zrozumienia sytuacji. Tak umierałem przez długie miesiące, a może nawet lata.6
W końcu należy też wspomnieć, iż ten samobójca, który przybywa do „doliny” po raz pierwszy w „Dziurze w niebie” jest równocześnie, niewątpliwie, zapowiedzią Malinowskiego-Kowalskiego (Zbigniew Cybulski) z „Salta”. Ten również przyjedzie do małego miasteczka pociągiem, nie zajeżdżając na stację, lecz wyskakując zeń w biegu. Bo Malinowski-Kowalski też był po części filmowym wcieleniem Konwickiego.
Jest zatem „Dziura w niebie” właściwie pierwszą książką Konwickiego o „powrocie do doliny”, ale również o wymuszonym przez niefortunny bieg wydarzeń nieszczęsnym odejściu z niej. Ostatnie wersy są jakby metaforą wyprowadzki Konwickiego z jego rodzinnego miasteczka, mały Polek, wynoszony, a więc: zabierany stamtąd niejako siłą, jest uosobieniem pisarza:
Więc Dziadzia ujął go za ramiona, podniósł lekko jak dziecko. Chłopiec wolno odwrócił głowę w kierunku Doliny. Patrzył na tory podobne pękniętym strunom, patrzył na osadę zsuwającą się ku łąkom nad rzeką, patrzył na papiernię białą jak umarła ręka.
Pan Pluska wstrzymał konia. Wszyscy mimowolnie spojrzeli tam, gdzie patrzył Polek.7
Tak kończy się „Dziura w niebie”. Wymownie. A tymi ludźmi, którzy spoglądają za Polkiem, a więc za Konwickim na obraz, panoramę „doliny” dziś jesteśmy my, czytelnicy.
© 2006 Emilia Walczak
1 T. Konwicki, Nowy Świat i okolice. Z rysunkami autora, Czytelnik, Warszawa 1990, s. 7.
2 T. Konwicki, Dziura w niebie, Iskry, Warszawa 1965, s. 71.
3 Tamże, ss. 79-80.
4 Tamże, s. 164.
5 Tamże, s. 163.
6 T. Konwicki, Nic albo nic, Czytelnik, Warszawa 1971, ss. 180-181.
7 T. Konwicki, Dziura w niebie, dz. cyt., s. 369.
konwicki.art.pl > Interpretacje > Rękopis znaleziony w Dolinie
© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS