Lipiec 2006
Przymykając oko na względnie kanonicznie poprawną jeszcze „Dziurę w niebie” (1959), uznać możemy, że to właśnie „Sennik współczesny” z 1963 roku, już bardziej nowatorski, jest książką otwierającą nowy etap w literackiej twórczości Tadeusza Konwickiego, etap, którego hasło wywoławcze może stanowić słowo: „dolina”, będące kluczem do całkiem innych niż dotychczas rzeczywistości. Tak samo, jak w „Senniku” konspiracyjną odpowiedzią partyzantów na umowne hasło „tarcza” było słowo „miecz”, tak dziś, jeśli mowa o twórczości Konwickiego, słowo „dolina” automatycznie pociąga za sobą i konotuje kolejne: „dzieciństwo”, „szczęście”, „beztroska”, których desygnaty — jeśli desygnaty mogą być abstraktami — dla Konwickiego należą już tylko do świata przeszłości. Tak też, gdy w „Senniku”, czy też w kolejnych jego książkach bohater powraca do „doliny”, oznacza to, że odbywa podróż do krainy pamięci. I pomimo tego, że w „Senniku” do czynienia mamy z realną doliną rzeki Soły, a bohater — Paweł zjawia się tu niby po raz pierwszy w swym życiu, to i tak wiadomo, że Konwicki konstytuując ten świat, myślał o Kolonii Wileńskiej:
Ta dolina jest szczególna w swoich torfowiskach, w rzece pełnej pamiątek, w lesie, który widział wiele pokoleń uzbrojonych ludzi. Ja pamiętam taką dolinę z dzieciństwa i młodości, pan także ją pamięta. Czy pan wie, że ilekroć chcę sobie wyobrazić życie ludzi osiadłych, ilekroć chcę przejmująco opisać krajobraz, zawsze widzę tę dolinę zapamiętaną w najdrobniejszym fragmencie.1
Jeszcze jeden ważny fragment dotyczący „doliny”: Środkiem doliny, wzdłuż kolei, leżało nasze miasteczko pocięte piaszczystymi uliczkami bez nazw. Nie miało ono ryneczku ani określonego porządku architektonicznego, co nie znaczy, żeby pozbawione było tradycji i historii; ogólnie wiedziano, że zamieszkiwali je ludzie różnych religii i języków [por. „Dziurę w niebie”, „Kronikę wypadków miłosnych” oraz filmy: „Matura”, „Jak daleko stad, jak blisko”, „Dolina Issy” — tu również zderzają się kultury — przyp. EW] (…).2 Zauważmy, że bohater-narrator używa słowa „nasze” w odniesieniu do „nie swojego” miasteczka. Być może Paweł po prostu przywłaszczył je sobie, a może jednak leży ono w tej właściwej, dawnej pawłowej „dolinie”? O wyjaśnienie postaram się za chwilę.
Zważmy również na fakt, iż „dolina”, w której sytuuje się miasteczko, gdzie Paweł znalazł tymczasowe schronienie, ma zostać zalana, a więc — ma przestać istnieć, a bohaterowie często perswadują Pawłowi, że lepiej zapomnieć, lepiej żyć teraźniejszością, dniem dzisiejszym, niż wspomnieniami. Stąd też zalanie „doliny” ma być symbolicznym zabiciem czy próbą zatarcia pamięci o niej.
— Oni się modlą — rzekłem.
— Słyszałam ze swego pokoju. Płaczą już dwie godziny. Aż strach człowieka bierze. Od razu widać, że ze wschodu. U pana też nie ma elektryczności?
— Nie, ktoś postawił świecę.
— Pan pochodzi z ich stron?
— Tak.
— A nie ciągnie pana, żeby tam kiedyś pojechać, zobaczyć, jak teraz wygląda.
— Byłem kilka lat temu.
— No i co?
— Biegałem po swoich starych ścieżkach ze ściśniętym sercem. Wszystko wydawało mi się dziwnie małe, ciasne, ubogie, zupełnie inne niż to, co zachowałem w pamięci.
(…)
— Nie należy wracać — powiedziałem. Krajobraz bez ludzi nic nie znaczy. Teraz żałuję, że tam jeździłem. Trzeba było poprzestać na tym, co zapamiętałem.3
Lepiej więc nie „wracać”, zarówno fizykalnie, jak i pamięcią — bo nie warto. O tym samym przekonywał nas już wcześniej Konwicki w „Dziurze w niebie”: A więc zostaje tylko droga powrotna. Węższa, nędzniejsza od jej wizerunku, który zachowaliśmy w pamięci.4 Pytanie: czy sama chęć zapomnienia wystarczy, by zapomnieć? Jeden z bohaterów „Sennika”, Józef Car powiada tak: Zaleje wszystko woda, przykryje sobą na zawsze i zostanie tylko legenda o mieście na dnie jeziora.5 A więc pewna forma zapamiętania — „legenda” — pozostanie. A Pani Malwina, prosta kobieta z ziem litewskich, mądra mądrością życiową książkowa postać, mówi: Teraz woda wszystko zaleje. Może kiedyś ludzie uczone będą grzebać na dnie wody i odnajdą to, co po nas zostanie. Może wtedy wszystko to będzie drogocenniejsze niż w dzisiejszych czasach.6 A więc może to właśnie sama pamięć po nich i po ich „dolinie” będzie w przyszłości na wagę złota, będzie stukrotnie drogocenniejszą niż dzień dzisiejszy? Bo w końcu to, co jest teraz, dopiero w przyszłości podlegnie ocenie.
Zresztą bez względu na to, jak potoczą się ich losy, czy „dolina” zostanie zalana, czy też nie, według Pani Reginy i tak wszyscy spotkają się kiedyś w… „dolinie”:
— Może się jeszcze zobaczymy.
— Na pewno, jak wszyscy. W dolinie Jozefata.7
„Dolina Jozefata”, czyli, bardziej poprawnie: „dolina Jozafata” — według proroctw Starego Testamentu symboliczne miejsce Sądu Ostatecznego. A zatem — według Konwickiego — w „dolinie” początek i w „dolinie” nasz koniec. Lecz wówczas, gdy jesteśmy już w tej drugiej „dolinie”, tę pierwszą zalewa taka właśnie fala zapomnienia, o której pisał Konwicki w „Senniku”.
Jest więc „Sennik współczesny” powieścią inicjującą cykl książek „o powrocie do doliny”, o czym nie traktowała „Dziura w niebie”, której akcja była po prostu osadzona w „dolinie” (nie licząc oczywiście motywu wędrowca!). I mimo że świat przedstawiony w późniejszych książkach Konwickiego będzie o wiele bardziej odrealniony, a „powrót do doliny” będzie zawsze jakby fantasmagoryczną, nieprawdopodobną podróżą, to przecież opowieść przedstawioną w „Senniku” również uznać możemy za sen głównego bohatera, czyli Pawła-opowiadacza, zważywszy na zdanie zamykające powieść:
I wtedy raptem pomyślałem, że oto za chwilę obudzę się, wydźwignę z dusznego snu, co na każdego przychodzi którejś nocy, snu pełnego majaków i widziadeł, ułomków zdarzeń przeżytych i zmarnowanych, wyobrażonych i nie spełnionych, snu skrwawionego pamięcią, rozpalonego gorączką przeczucia, że z tej wrzącej toni nocy wypełznę resztką sił na brzeg jawy i wstanę do zwyczajnego, powszedniego dnia z jego zwykłymi troskami, z jego potocznym trudem, z jego tak dobrze znaną, bliską znojnością.8
Tak zatem, jeśli wszystko, cała opowieść były tylko snem, w którym, według specjalisty od snów, Zygmunta Freuda, podświadomie przypominają się człowiekowi wszystkie tak zwane „resztki z dnia”, powiedzieć możemy, że w (pod)świadomości Pawła, będącego oczywiście porte parole Konwickiego, powróciły wszystkie „resztki z przeszłości” i że zapis tej (pod)świadomości w postaci „Sennika” jest po części obrazem „doliny” z dzieciństwa autora, a więc także i Pawła. A zatem fakt, iż użył on słowa „nasze” w odniesieniu do opisanego w „Senniku” miasteczka staje się w tym momencie zrozumiały.
Ale jest również „Sennik” źródłem wielu innych motywów stale powracających w twórczości Konwickiego. Na ten przykład filmem, który czerpie wiele z tej książki jest „Salto” z 1965 roku. Malinowski-Kowalski (Zbigniew Cybulski) jest niewątpliwie odpowiednikiem Pawła, może tylko nieco bardziej niepokornym. Obaj widzą czy też: zdaje im się, że widzą trzech mężczyzn przychodzących do nich z wyrokiem do wykonania: Wtedy dostrzegłem raptem za siatką gałęzi trzy nieruchome postacie niczym pnie złamanych przez burze drzew.9 — czytamy w „Senniku”. Filmowa wróżka Cecylia (Irena Laskowska) to z kolei intertekstualne kontinuum Reginy, podobnie jak pijak Pietuch (Andrzej Łapicki) jest „przedłużeniem” partyzanta Jasia Krupy. Cecylia i Regina szukają wielkiej miłości i, pomimo nieubłaganie upływającego czasu, wciąż wypatrują księcia na białym koniu — i najlepiej, żeby był „miastowy”. Cecylia nie baczy na to, że podkochuje się w niej Pietuch, podobnie jak Regina nie bierze do siebie awansów, jakie czyni jej Krupa.
Kolejną, jakże ważną postacią, jaka zawędruje później z „Sennika” do filmu jest Musia; nawet jej imię pozostanie nie zmienione. Pojawi się zatem ta łączniczka z partyzantki w „Jak daleko stąd, ja blisko” (1971, premiera 1972). W „Senniku” nie udało się jednak przemycić Konwickiemu tej informacji, która jakimś cudem przeszła później w filmie — że Musia była „daleko”, czyli że została wywieziona na Sybir i tam straciła swą młodość i przegrała życie.
Motyw, jaki jest główną osią „Jak daleko stąd, jak blisko”, czyli sprawa zabójstwa, jakiego dokonuje główny bohater na swym przyjacielu, powodowany wojskowym rozkazem, również pochodzi z „Sennika”. Co prawda tutaj ofiara nie była tak bliska Pawłowi, jak Maks był bliski głównemu bohaterowi filmu Konwickiego, lecz koniec końców była mu znajoma. I najprawdopodobniej osoba ta, której Paweł jednak nie zabił, bo, jak sam wyznaje, strzelił tak, żeby nie zabić10, to jest właśnie Józef Car, którego Paweł spotyka później w „dolinie”. A więc — znowu — symbolicznie Car ciąży bohaterowi w pamięci (dolina = świat pamięci), podobnie jak Maks jest wielkim wyrzutem sumienia dla bohatera „Jak daleko stąd, jak blisko”. Co więcej, i Paweł, i bohater filmu Konwickiego przychodzą do swych ofiar z wyrokiem w wieczór wigilijny: Na wyliniałym krześle stoi małe drzewko bez łańcuchów, aniołów, bombek i świeczek, obsypane jedynie kęsami waty.11 — ten opis pochodzący z „Sennika” jest też opisem konkretnej sceny z „Jak daleko stąd, jak blisko”. I w obu tych przypadkach karabin maszynowy — narzędzie zbrodni, zacina się, a przynajmniej obaj bohaterowie tak twierdzą: — Zaciął się — mówię szybko. — Zaciął się po drugim naboju.12
W „Jak daleko stąd, jak blisko” pojawia się też kwestia ojca głównego bohatera, którego ten nie zdążył zbyt dobrze poznać, czego teraz, w życiu dorosłym żałuje, co go boli. Podobnie Paweł w „Senniku”. Przeprowadza on nawet znaczący monolog-modlitwę:
— Ojcze (…). Ojcze, którego pamiętam z jednego tylko zapamiętania, który leżałeś na łóżku odartym z pościeli, ojcze, który toczyłeś krew z siebie długie godziny, aż już stała w kałużach na podłodze, który widziałeś mnie oczami zachodzącymi bielmem, mnie zdziwionego tą pierwszą tajemnicą życia, co ją poznałem w godzinie twojej śmierci, ojcze, którego nigdy nie znałem, którego rysów uczyłem się na jedynej ocalałej fotografii, którego szukałem, żeby pokochać, w legendach rodzinnych, pogwarkach sąsiedzkich, ojcze, do którego zawsze tęskniłem, z którego byłem dumny, ojcze, którego wymyśliłem sobie, żeby odjąć sieroctwo, ojcze, który byłeś zawsze jakąś tajemną cząstką mego istnienia, ojcze, którego sobie teraz tak dotkliwie przypominam w latach dojrzałości i nie wiem dlaczego chcę cię wspomnieć i utrwalić w tej dobie, w tej chwili, ojcze zapamiętany na zawsze przez sen i jawę, ojcze z granicy życia i śmierci, ojcze z czerwonym obrusem suchotniczego krwotoku w zębach, pozdrawiam cię, gdzie byś nie był, czy w jakiejś cząstce natury, czy w niebycie, pozdrawiam cię, ojcze, po synowsku i chcę, byś wiedział, ojcze, że pamiętam, że czczę twoje obyczaje i nauki, jak je sobie wymyśliłem, że widząc nadchodząca starość, wielki milczący cień, tęsknię do ciebie, nieznany ojcze…13
Co ciekawe, sam „Sennik” z 1963 roku ma też pewne elementy wspólne ze starszym od siebie o rok dziełem filmowym Konwickiego, czyli z „Zaduszkami” (1962). W książce Ildefons Korsak mówi na przykład, że przeczytał w gazecie informację, że: Znowu jakieś sputniki wypuścili.14 Lecz dla mieszkańców „doliny” nic z tego faktu oczywiście nie wynika; to zdarzenie nie jest w stanie wnieść niczego nowego w ich egzystencję. I podobnie w „Zaduszkach” — okazuje się, że „na księżycu nic nie ma”, a nawet gdyby coś było, to co by to zmieniło w żywocie prostych ludzi, którym ziemskie problemy w zupełności wystarczają?
W „Zaduszkach” również pojawiły się pewne mini-motywy, niby niewiele znaczące, a jednak składające się na merytoryczną charakterystykę twórczości Konwickiego, motywy, jakie powróciły w „Senniku współczesnym”. Okopcona żarówka pod zielonym talerzykiem kolebie się rozpaczliwie na wszystkie strony.15 Owa żarówka, o której pisał Konwicki w „Senniku” była także charakterystycznym, pamiętnym elementem w „Zaduszkach”, nieodłącznie związanym z bolesnymi wspomnieniami bohaterów.
Po pustej menażce biegają śpiesznie czarne mrówki o lśniących odwłokach.16 Mrówki również przywędrowały do „Sennika” z „Zaduszek”. Lecz owady te w obu przypadkach są symbolem: — Idzie jak mrówka, jak jedna z wielu mrówek. Niech idzie swoja drogą.17 — porównywał Konwicki mrówczą wędrówkę z żywotem człowieka.
I żarówka, i mrówki w obu utworach występują w retrospekcjach, można je więc uznać za jakieś drobniutkie, a mimo to trwałe i wyraźne wspomnienia samego Konwickiego z czasów partyzantki; w końcu — za wspomniane wcześniej, systematycznie powracające „resztki z przeszłości”.
Wielce uradowana byłaby Julia Kristeva, gdyby zmierzyła się z całym dorobkiem artystycznym Tadeusza Konwickiego, bo termin jej autorstwa — „intertekstualność” — znajduje tu swe pełne odzwierciedlenie; sprawdza się w tym dorobku i za jego sprawą jeszcze bardziej się uprawomocnia.
© 2006 Emilia Walczak
1 T. Konwicki, Sennik współczesny, Iskry, Warszawa 1985, s. 145.
2 Tamże, ss. 23-24.
3 Tamże, ss. 246-247.
4 T. Konwicki, Dziura w niebie, Iskry, Warszawa 1965, s. 161.
5 T. Konwicki, Sennik współczesny, dz. cyt., s. 112.
6 Tamże, s. 238.
7 Tamże, s. 334.
8 Tamże, s. 342.
9 Tamże, s. 220.
10 Tamże, s. 83.
11 Tamże, s. 180.
12 Tamże, s. 184.
13 Tamże, s. 257.
14 Tamże, s. 35.
15 Tamże, s. 279.
16 Tamże, s. 266.
17 Tamże, s. 267.
konwicki.art.pl > Interpretacje > Powrót do Doliny tematem nadrzędnym
© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS