Styczeń 2007
Tylko wówczas, gdy wspomnienia przefiltrujemy przez wyobraźnię, nasze filmy zyskają prawdziwą głębię. Louis Malle
Opowiadając nie wie się, jaki wybrać czas, teraźniejszy czy przeszły, jakby to, co minęło, nie było całkowicie minione, dopóki trwa w pamięci pokoleń — czy tylko jednego kronikarza.1 Czesław Miłosz
Zagadnienie czasu minionego absorbowało umysły wielu twórców, powodowało, że różnie nań patrzono; poszukiwano też wymyślnych form dla jego opisu. Dla mnie mistrzem oniryczno-nostalgicznych nastrojów, wywołanych poczuciem bezpowrotnego upływu czasu, skupionych w swej poetyckiej prozie kreacyjnej pozostanie bodaj na zawsze Bruno Schulz. To dzięki niemu pokochałam też twórczość Wojciecha Jerzego Hasa — za „Sanatorium pod klepsydrą” (1973) i inne poetyckie arcydzieła ekranu tego wielkiego reżysera. Była to zatem droga przez literaturę do filmu.
Kiedyś zdarzyło mi się zajrzeć do stronnic „Doliny Issy” Czesława Miłosza, aby po chwili odłożyć powieść z powrotem na półkę. Ale drogę do niej otworzyła mi później postać Tadeusza Konwickiego. Artysta ten ma również, podobnie jak Miłosz, obsesyjny stosunek do swej krainy dzieciństwa — do Wileńszczyzny. Motyw tego miejsca powraca przecież wielokrotnie w jego twórczości, a kulminację pradawnej „litewskości” stanowi powieść „Bohiń”2 z 1987 roku. Książka ta jest między innymi nostalgiczną apoteozą Wileńszczyzny. Konwicki kreuje tu losy swojej nieznanej babki — Heleny. I jako że płynie w jego żyłach ta sama krew, obarcza ją również wybujałą samoświadomością, na miarę swojej własnej. I znowu: idylla całego zaściankowego spokoju, malowniczość krajobrazów, magia koegzystencji człowieka z naturą, przegrywają z jego złą kondycją psychiczną i ogólną traumą — tutaj akurat: popowstaniową. A więc Konwicki znajduje sobie doskonałe tło dla snucia dywagacji natury sentymentalno-egzystencjalnej, dających upust jego osobistym, prywatnym, intymnym potrzebom wewnętrznym, a także możliwość oskarżenia krzywdzącej polskiej historii po raz kolejny. Być może lektura „Bohini” przygotowała mnie zatem do prawdziwie zaangażowanego obcowania z — w jakimś sensie pokrewną jej — „Doliną Issy”.
Sądzę, iż Konwickiego popchnęły w stronę lektury i adaptacji tej właśnie książki Miłosza pobudki sentymentalne. Sam wcześniej, jak kiedyś wyznał, nie lubił tego poety: Kiedyś nie lubiłem Miłosza, nie znając go zupełnie. Słuchałem obelg i zniewag miotanych na niego i wierzyłem leniwie tym potwarzom. (…) Więc udrapowałem się w niechęć, a może nawet w pogardę, słuchając z aprobatą bajań o przeniewiercy — lecz potem po kumotersku stwierdził — Powolutku, sam nie wiem kiedy, usynowiłem się własnowolnie, związałem się uzurpowanym pokrewieństwem, zacząłem trochę grać dla niego, przyjmować jakieś pozy, stroić poufale miny. (…) I nie wycofam się, choćbym miał skonać. To jest panicz jakiś i prymus. To jest besserwisser3 i nieprzyjemny wynioślacz. Ale dzięki Bogu, dzięki Dewajtisowi i czortowi, że jest. Czy mu się podoba, czy nie, będę wysysał z niego tę gorycz naszych ziół, dewyne po trys, które podtrzymują moje słabe życie.4
Mógł też Konwicki w dziejach Tomasza — małego bohatera „Doliny Issy” — dostrzec podobieństwo z sobą samym sprzed lat. Miłosz pisał: Czytał dobrze, bo go pchała ciekawość. Pisał jak kura patykiem, niewyraźne kulfony; mówił z tutejsza, wtrącając litewskie wyrazy (później w szkole miał doznać z tego powodu upokorzeń).5 Konwicki w swej pseudo-autobiografii wspomina natomiast: (…) już na początku roku zostałem wyrwany do tablicy. Śliczna pani profesorka mnie, mikrego piegusa, zapytała o zające i zapytała tak, jakbym był wąsatym drugorocznym albo trzeciorocznym repetowiczem. (…) Zamrugałem rozpaczliwie oczami i rzekłem trzęsącym się głosem: — Największymi wrogami zajęcy są wilcy. (…) Cała klasa spadła z ławek. Ci różowi, spasieni panicze, niektórzy już nawet z wąsikami, tarzali się po ziemi, wyjąc z uciechy. A ja nie wiedziałem, o co chodzi. Na prowincji wileńskiej pierwszy przypadek liczby mnogiej od słowa wilk był używany w archaicznej oboczności — wilcy.6 („Wilcy” mawiała też Babcia Linsrumowa z „Dziury w niebie”, będąca odpowiednikiem rzeczywistej babki Konwickiego o podobnie brzmiącym nazwisku Blinstrubowa, która z kolei została opisana w „Nowym Świecie i okolicach” oraz Pani Malwina, bohaterka „Sennika współczesnego”, pochodząca z ziem litewskich — na przykład: Żeby ciebie wilcy7).
Co jeszcze urzec mogło Konwickiego w „Dolinie Issy” Miłosza i skłonić do jej ekranizacji? Pojawiają się tu również bliskie mu imiona — Helena (wspomniana babka Konwickiego) i Pola (czyli jego „legendarna” ciotka, o której często pisywał w różnych swoich książkach). A ponadto — i to zdaje się być elementem decydującym — słowo dolina jest również kluczowym dla całej twórczości Konwickiego, głównie tej literackiej. Do „Doliny” powraca niemalże zawsze jego bohater, wciąż ten sam, stanowiący alter ego swego (s)twórcy. Wiele zatem podobieństw łączy artystę z Miłoszem. Lecz po tym krótkim wprowadzeniu, przejdźmy wreszcie do samej adaptacji „Doliny Issy” (1982).
Budowa fabularna tego filmu jest bardzo zbliżona do budowy poprzedniego filmu Konwickiego — czyli do „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971). Do przewidzenia było, iż reżyser ten nie przełoży wiernie, krok po kroku, zdarzenie po zdarzeniu, motyw po motywie, pierwowzoru autorstwa Miłosza. Jak słusznie zauważają badacze, Konwicki dokonał „dekonstrukcji” tekstu literackiego i zrealizował — kolejny po „Jak daleko stąd, jak blisko” — filmowy esej.8
Już sam początek filmu ujawnia znamienną dla twórcy ciężką atmosferę — po pierwsze, ponownie, poprzez tło muzyczne autorstwa Zygmunta Koniecznego, po drugie poprzez romantyczną frenezję — ukazanie kolażu najstraszniejszych, napawających przestrachem, a nadto spirytualistycznych wątków książkowych, a więc na przykład: szaleństwa Baltazara9, wynikającego najpewniej z ciężkiej choroby psychicznej, dalej: ducha grzesznicy Magdaleny snującej się nago na skraju lasu, potem Domcia wadzącego się z Bogiem, dźgającego nożem hostię, następnie zabijającego z zimną krwią bezbronnego psa itd. Ale spyta niejeden: cóż to wszystko znaczy? Czyżby horror metafizyczny?!Według Konwickiego, Arkadia [a więc charakterystyczne dla filmów tego reżysera miejsce „dziania się”, w tym również „Doliny Issy”10 — EW] to przede wszystkim obszar, na którym nieustannie toczy się manichejska walka kosmicznych sił. W tym wrogim człowiekowi świecie najsilniej manifestującym się pierwiastkiem jest zło — toteż — Znakami owego zła są pierwszoplanowe w filmie postacie: zbuntowanego przeciwko Bogu Domcia oraz podwójnego mordercy — Baltazara, a także epizody, w których został wyeksponowany motyw umierania (śmierć babki Tomasza, samobójstwo Magdaleny i jej rytualny, pogański „pogrzeb”). Ale zło to również Historia.11
Pod tym względem tę filmową „Dolinę Issy” można porównać z polskim malarstwem modernistycznym (Olga Boznańska, Maksymilian Gierymski, Władysław Podkowiński i in.). Tam bowiem, jeśli mieliśmy do czynienia z jakimś — dajmy na to — słonecznym pejzażem, to i tak jego atmosfera była nieprzyjemna, czuło się jakieś, czyhające w tym pozornie miłym blasku, niebezpieczeństwo; banalne na pozór obrazki przesiąknięte były jakąś głęboką i straszliwą tajemnicą. Tak samo jest u Konwickiego — jego film cechuje charakterystyczna świetlistość obrazu, a mimo to widz odczuwa doprawdy dogłębny niepokój.
Mimo tych i innych prób udzielenia niepowierzchownych wyjaśnień, wielu ludzi nadal ma problemy ze zrozumieniem tego filmu. Dlatego też śmiało można oznajmić: nie ma większego sensu oglądać „Doliny Issy” Konwickiego bez wcześniejszej lektury książki Miłosza, lub też zaznajomienia się z całym fenomenem twórczości Konwickiego. Według mnie, całe piękno leży bowiem — w przypadku ekranizacji filmowych — w odnajdywaniu znajomych motywów, w weryfikacji efektowności adaptacji, wiarygodności jej przekazu, w sprawdzaniu zgodności naszych wyobrażeń z wyobrażeniami drugiej osoby. W przeciwnym razie obraz, w tym także „Dolina Issy”, może pozostać niezrozumiałym albo po prostu — wydać się nudnym12.
Tadeusz Konwicki musiał znaleźć złoty środek, aby zwizualizować ulotne nastroje nakreślone starannie przez Czesława Miłosza w „Dolinie Issy”. Ale czy oby na pewno znalazł? I czy w ogóle go szukał?
Zdaje się, że w filmowej „Dolinie Issy” jest więcej Konwickiego niż Miłosza. Sam reżyser wyznaje: Film jest na tyle mój, na ile Miłosz został w nim zgwałcony, zmistyfikowany bądź zwulgaryzowany.13 Reżyser uczynił po prostu swoistą wariację motywów zaczerpniętych z książki, ale te motywy to tylko suche fakty literackie. Zabrakło tego, co najważniejsze — atmosfery. Jest, owszem, atmosfera adekwatna dla filmów Konwickiego — atmosfera frapująca, niepokojąca, ale nie ma tej magii, którą chciał ukazać Miłosz. Na czym ta magia polega?
Czas dziecka nie jest taki jak czas dorosłych: dzień przynosi tyle wrażeń, ile im daje miesiąc, miesiąc tyle, ile im rok.14 (Czesław Miłosz, „Rodzinna Europa”)
A więc zostaje tylko droga powrotna. Węższa, nędzniejsza od jej wizerunku, który zachowaliśmy w pamięci.15 (Tadeusz Konwicki, „Dziura w niebie”)
W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, podszyty sentymentem do tego, co już nigdy nie powróci. Moment, w którym znów chciałoby się być dzieckiem. Efekt taki wywołują czasem miejsca, czasem zapachy, czasem słowa, które przypominają jakieś konkretne ich odpowiedniki z przeszłości, trochę na zasadzie déjà vu. Może to być więc na przykład woń letniego poranka lub szaruga zimowego popołudnia. Etiuda dźwięków, gra świateł, cokolwiek. Czasem są to też sny, z których, po przebudzeniu, nie chce się wracać do rzeczywistości.
Wspomnienia z dzieciństwa nie są więc rzeczywistością. To, co zostało w pamięci, nie jest snem, nie jest także rzeczywistością — te słowa, zaczerpnięte z impresji filmowej Hasa pt. „Moje miasto” z 1950 roku, doskonale tę sytuację opisują. Dziecięca percepcja świata zgoła różni się przecież od percepcji osoby dorosłej, co związane jest ze świadomością, która wszystkie spostrzeżenia syntezuje. Tak zatem to, co zapamiętaliśmy jako dziecko, nie przekłada się na sposób, w jaki zapamiętalibyśmy to samo jako ludzie dorośli. Dowodzi to XIX-wiecznej teorii J. F. Herbarta, mówiącej o apercepcji. Twierdził on bowiem, iż powstawanie w naszej świadomości wszelkich wyobrażeń, zależy od ilości innych, nagromadzonych w niej wcześniej, a także od indywidualnych doświadczeń jednostki — o tym samym zresztą mówił przecież J. S. Bystroń. Dlatego wspomnienia z dzieciństwa bywają często tak utopijne — bo nasza karta dopiero zaczynała się zapisywać, świadomość była nieskażona problemami, nie padał na nią cień zmartwienia i zwątpienia. W szalonym zapale przymierzaliśmy się do eksploracji świata, a nasze młode umysły chłonęły wszystko „jak gąbka”.
Czesław Miłosz przedstawił w swej „Dolinie Issy” świat widziany właśnie oczyma dziecka, pokazał ten właśnie proces odkrywania naszego „wielkiego” świata, który potem, w miarę dorastania, ustawicznie się pomniejsza. Nakreślił więc szczegóły, jakich człowiek dorosły już po prostu nie dostrzega, bo nie jest w stanie czy też — najzwyczajniej nie chce. Wszystko to jeżeli sprawiało dorosłym przyjemność, to, jak mogły stwierdzić Siły, trochę wstydliwą, na przykład zamyślać się nad białą obrączką na skorupie ślimaka to nie dla nich — pisał Miłosz.16 Tadeusz Konwicki z kolei pisał tak: Biegałem po swoich starych ścieżkach ze ściśniętym sercem. Wszystko wydawało mi się dziwnie małe, ciasne, ubogie, zupełnie inne niż to, co zachowałem w pamięci.(…) Nie należy wracać — powiedziałem. Krajobraz bez ludzi nic nie znaczy. Teraz żałuję, że tam jeździłem. Trzeba było poprzestać na tym, co zapamiętałem.17
Być może dziecko dostrzega zatem więcej niźli ludzie dorośli? W książkowej „Dolinie Issy” dziecinne pytania, jakie zadaje również każdy z nas, dorastając, okazują się być genialną kwintesencją całej filozofii życiowej. Bo tylko dzieci zadają ważne pytania i naprawdę chcą się czegoś dowiedzieć — konstatował nie tak dawno Ryszard Kapuściński.18 Miłosz pokazał zatem pewną dychotomię światów: małego Tomasza — i całej reszty. Konwicki zrezygnował z tej konstrukcji, która w głównej mierze opierała się na subiektywnej obserwacji rzeczywistości przez małego bohatera. Tomaszek jest tu, w filmie, po prostu jedną z postaci i to w dodatku mniej ważną od — na przykład — Baltazara, Romualda czy Heleny. W ten oto sposób z powieści inicjacyjnej powstał osobisty film quasi-rozrachunkowy, z inicjacją mający wspólnego chyba tylko tyle, że swą formą przypomina nieco „Zmory” (1978) Wojciecha Marczewskiego, które powstały na motywach „bluźnierczej” powieści Emila Zegadłowicza o dorastaniu. Ale ewentualne podobieństwo między „Doliną Issy” a „Zmorami” pod względem treści, podobieństwo, jakie mógłby kto kiedyś zauważyć, jest doprawdy złudne.
Film Konwickiego zachował znamienny dyskursywny charakter, jaki miała książka Miłosza. Co prawda, w książkowej „Dolinie…” każde zdarzenie wiążące się z postacią Tomasza pociągało za sobą całe strony dywagacji o charakterze filozoficznym czy też raczej: filozofującym. Ale i u Konwickiego nie zabrakło tego typu dysput, na przykład jest niezwykle znacząca rozmowa Baltazara z diabłem Niemczykiem o „postaci rzeczy”, lub też jego (Baltazara) wizyta u rabina19. „Dolina Issy” Konwickiego posiada więc niewątpliwie aspiracje filozoficzne, jak na dobry esej przystało. Nie zmienia to jednak faktu, iż wiele wątków wypadło dość… blado. Całość uratowały jednak zdjęcia autorstwa Jerzego Łukaszewicza20, które bronią jej swą estetyką.
Można by zatem bezdusznie stwierdzić, iż nie jest to adaptacja udana — toteż wielu krytyków tak właśnie robi. Można by, owszem, bo wiele rzeczy wypadło groteskowo, chociażby to, że Wileńszczyznę markuje tu Suwalszczyzna (jak miejscami w „Lawie” Piotrków Trybunalski udaje, że jest Wilnem). Można by więc, ale istnieje przecież jedna zasadnicza przeszkoda… Pisałam na wstępie o drobnych podobieństwach między Konwickim a Miłoszem. Lecz najważniejszy jest jednak spośród nich fakt, iż oboje swą Ojczyznę utracili na zawsze, z takich czy innych względów. Konwicki naprawdę wczuć się musiał zatem w ten właśnie temat — przymusowego opuszczenia krainy szczęśliwości, „Arkadii dzieciństwa”21 — który to temat (nie wprost) porusza przecież książkowa „Dolina Issy” i może dlatego właśnie przedstawił w filmie swoją wewnętrzną, prywatną, „konwicką” udrękę, jaka widoczna jest prawie we wszystkich jego książkach i innych filmach? Stworzył więc kolejne dzieło bardzo osobiste, naznaczone własną tęsknotą, własnymi obawami, lękami, smętnymi przeczuciami, kompleksami itd. Być może są one aż tak wielkie, że nie starczyło już miejsca na najważniejszy pierwiastek — duchowy Miłosza? Cóż, w każdym razie Miłosz ten film życzliwie przemilczał.
Poza tym, jak już wspomniałam, „Dolina Issy” Konwickiego zrealizowana została na kształt eseju filmowego, a gatunek ten ma wszak z reguły to do siebie, że czyni głównym przedmiotem refleksji subiektywne przeżycie twórcy. W gatunku tym, w sposób szczególny, przejawia się indywidualność autora.22
Z tego całego subiektywizmu filmowego wzięły się liczne odautorskie wtręty: ludzie z „teraz” recytujący wiersze Czesława Miłosza, traktujące o tęsknotach, przywiązaniu itd., twarz Konwickiego odbijająca się w kamerze na jakimś planie filmowym, najpewniej „Doliny Issy” właśnie, co przywodzi na myśl elementy autotematyzmu zawarte w „Jak daleko stąd, jak blisko”. Sam Konwicki o fakcie tym mówi tak: Potraktowałem to jako znak automatyczny, by pokazać relację pomiędzy twórcą literackiego materiału a adaptatorem. Chciałem podkreślić, że jest to pan Czesław przeze mnie „przepuszczony” i że w związku z tym ja biorę za wszystko odpowiedzialność.23 Ostatnim elementem świata współczesnego jest w „Dolinie Issy” kobieta w litewskim stroju ludowym, spoglądająca na panoramę Nowego Jorku, zamykająca film.
Skupił się tu więc Konwicki szczególnie na jednym problemie — na bolączce życia „na wygnaniu”, a nie na absorbującym zmysły odkrywaniu świata. Czy to powinno podlegać krytyce? Znając i rozumiejąc twórczość Konwickiego, zdecydowanie orzec można: nie. Przypomnijmy bowiem, że w estetyce Konwickiego literatura nie może służyć wyłącznie odbiorcy: jeżeli czytelnik ma prawo domagać się od niej jakichkolwiek korzyści, to tylko pod warunkiem, że to samo prawo przyznaje autorowi.24 — słusznie pisano. Widać zatem wyraźnie — w książce czy w filmie, wszędzie omawianemu tu twórcy idzie o to samo: o próbę rozliczenia się — a w „Dolinie Issy” jest to próba rozliczenia się przede wszystkim z samym sobą.
W filmie znalazły się także dość osobliwe zdjęcia dokumentalne. Na szczególną uwagę zasługuje to, co zostało na nich uwiecznione. Otóż podczas realizacji „Doliny Issy”, na Suwalszczyźnie, na której, jak już wspomniałam, owa realizacja miała miejsce, zdarzył się „cud”, jakich na ziemiach polskich zresztą wiele, co wynika z przemożnej potrzeby kontaktu z pierwiastkiem boskim, który z pewnością, w mniemaniu prostych ludzi, rozwiąże wszystkie ich problemy w zamian za modlitwę, o czym ciekawie pisał Leszek Kołakowski: Z pewnością pragnienie bezpośredniego kontaktu z mocami nadprzyrodzonymi jest bardzo u ludzi silne, stąd też mamy pełno owych biedaków, którym nagle jakaś przypadkowa plama kojarzy się z wizerunkiem Jezusa albo Marii Panny i którzy śpieszą rozgłaszać takie nadzwyczajności komu można i nieraz popyt znajdują, chociaż Kościół dzisiejszy nie kwapi się wcale do przyświadczania albo nawet studiowania owych mniemanych cudów.25 Ale do rzeczy: tak zatem przykościelny krzyż w Olecku zaczął „krwawić”, czyli zaczęła zeń wypływać jakaś ciemna maź. Po usłyszeniu tej nowiny, Konwicki, wraz z operatorem Jerzym Łukaszewiczem udali się do owego miejsca „objawienia”, aby zawrzeć to niesamowite, tajemnicze zjawisko z pogranicza sfery sacrum, w swym filmie. Lecz ta niby genialna koncepcja nie wprowadziła doń praktycznie niczego istotnego. Paradoksalnie, atmosferę Tajemnicy w „Dolinie Issy”, ogólną spirytualistyczną wymowę filmu zagwarantowały czyste chwyty techniczne, a więc forma, nie natomiast ten wprowadzony tu, pozascenariuszowy motyw, z założenia mający wspomóc treść.
My zapisaliśmy na taśmie pokrytej chemikaliami zarys niemieckiego, banalnego kościoła i masyw tego zwykłego, normalnego krzyża pomalowanego farbą olejną jak ogrodowa ławka i twarze ludzkie, zwykłe twarze, co łakną świętości. / To nie jest cud efektowny, barwny, patetyczny. To jest cud zgrzebny, prowincjonalny, biedny jak cała ta ziemia i wszyscy ci ludzie, co klęczą na mokrym żwirze ze złożonymi pobożnie ogorzałymi i bardzo spracowanymi rękami. / (…) z laboratorium przyszedł film ze zdjęciami jak z normalnej kroniki filmowej. Na taśmie celuloidowej utrwaliło się tylko to, co sami widzieliśmy, i nic więcej. Jednak wkleiłem te prowincjonalne widoczki do filmu o innym czasie i o innych ludziach. Na lepszy fart — tłumaczył się Konwicki w „Nowym Świecie i okolicach”.26
Jest więc w „Dolinie Issy” ukazana wiara katolicka — jest autentyczny katolicki kościół i autentyczni wierni. Ale, zauważmy, pojawiają się tu także: synagoga i cerkiew. Konwicki przypomina w ten sposób o ekumenizmie, o sposobach czczenia Boga i wybierania losu na tej ziemi27. W poprzednim jego filmie, „Jak daleko stąd, jak blisko”, do czynienia mieliśmy również z podobnym zjawiskiem: ukazany był tam zarówno ślub prawosławny, jak i żydowski pogrzeb, czy też katolicka procesja połączona z odpustem. Cóż — niechaj taka będzie puenta — Konwicki ponad podziałami.
© 2005-2006 Emilia Walczak
1 Cz. Miłosz, Dolina Issy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989, s. 9.
2 Już w roku 1984 w filmie dokumentalnym Andrzeja Titkowa pt. „Przechodzień” wyznaje Konwicki, iż chciałby napisać książkę poświęconą domniemanym losom swojej babki i nieznanego dziadka. Stąd w trzy lata później powstaje właśnie „Bohiń”.
3 niem. Besserwisser = człowiek, który „wie lepiej”, pot. mądrala; Konwicki często używa tego określenia w znaczeniu pejoratywnym, mawia nawet: „arogancki besserwisser”
4 T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, „Czytelnik”, Warszawa 2005, ss. 157-158.
5 Cz. Miłosz, Dolina Issy, dz. cyt., s. 90.
6 T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, dz. cyt., s. 213.
7 T. Konwicki, Sennik współczesny, „Iskry”, Warszawa 1985, s. 213.
8 N. Korczarowska, Ocalić przeszłość od nieznaczenia. „Dolina Issy” Tadeusza Konwickiego, „Kwartalnik filmowy”, 1999, nr 26-27, s. 264.
9 Postać ta przypomina nam tajemniczego Huniadego z „Sennika współczesnego”. Jest ona paralelna z Baltazarem — co mogło być zresztą jeszcze jednym elementem skłaniającym Konwickiego do realizacji „Doliny Issy” Miłosza.
10 Ponadto przypominam o „Salcie” i „Zaduszkach”.
11 N. Korczarowska, dz. cyt., ss. 268-269.
12 Ten ewenement dotyczy zresztą wielu filmów opartych o tak zwaną literaturę „nieprzedstawialną”. Na przykład — jaką receptę znalazł Wojciech Jerzy Has na zekranizowanie iście nie-filmowego „Sanatorium pod klepsydrą”? Tutaj teksty bazowe są dwa — adaptacja ta stanowi bowiem fuzję owego „Sanatorium…” oraz „Sklepów cynamonowych”. Z kolei części składowe tychże zostały przetasowane w ten sposób, aby wyszła wspólna i spójna historia.
13 St. Nowicki, Pół wieku czyśćca. Rozmowy z Tadeuszem Konwickim, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 153.
14 Cz. Miłosz, Rodzinna Europa, „Czytelnik”, Warszawa 1990, ss. 51-52.
15 T. Konwicki, Dziura w niebie, „Iskry”, Warszawa 1965, s. 161.
16 Cz. Miłosz, Dolina Issy, dz. cyt., s. 20.
17 T. Konwicki, Sennik współczesny, dz. cyt., s. 247.
18 R. Kapuściński, Podróże z Herodotem, „Znak”, Kraków 2004, s. 249.
19 Motywy żydowskie przedstawia Konwicki znakomicie, weźmy pod uwagę chociażby jego wielki wkład w „Austerię” czy żydostwo ukazane w „Jak daleko stąd, jak blisko”. Niepodzielnie wiąże się ono z jakąś wielką Tajemnicą, być może z prawdą o świecie, którą dane było zgłębić tylko narodowi żydowskiemu — jako Narodowi Wybranemu. Przejawia się w tym miejscu wyraźna ogólna fascynacja Konwickiego kulturą judejską, o której artysta nie raz wspominał: (…) nie zabierając nigdy głosu w uroczystych dyskusjach, przejmowałem się zawsze sprawą Żydów polskich. W wielu swoich książkach plączę wątki żydowskie, zapisuję jakieś odruchy nieżywego świata żydowskiego, odmawiam różaniec za wieczny odpoczynek dusz izraelitów wileńskich. [T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Warszawa 1989, s. 219.]
20 Jerzy Łukaszewicz w 1994 roku wyreżyserował „Faustynę”, film do cna przeestetyzowany. Dlatego owa impresjonistyczna estetyka „Doliny Issy” nie powinna nikogo dziwić.
21 N. Korczarowska, dz. cyt., s. 268.
22 Tamże.
23 St. Nowicki, dz. cyt., s. 158.
24 P. Czapliński, Tadeusz Konwicki, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 1994, s. 199.
25 L. Kołakowski, Mini-wykłady o maxi-sprawach. Trzy serie, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2006, s. 134.
26 T. Konwicki, Nowy Świat i okolice. Z rysunkami autora, „Czytelnik”, Warszawa 1990, ss. 65-66.
27 St. Nowicki, dz. cyt., s. 157.
konwicki.art.pl > Interpretacje > Pamięci Doliny
© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS