Wrzesień 2006
Tekst ten stanowi pierwszy rozdział mojej pracy licencjackiej, napisanej w 2006 pod opieką dr Sylwii Kołos, a zatytułowanej „Filmy Tadeusza Konwickiego. Ich korespondencja z twórczością literacką artysty oraz z wątkami autobiograficznymi”, jednakże wprowadziłam weń wiele zmian i naniosłam szereg poprawek, także różni się on w znacznym stopniu od oryginału, a w zasadzie stanowi już całkiem nową jakość, stworzoną specjalnie na użytek strony konwicki.art.pl.
Kręcąc ten film nie wiedziałem, że zapoczątkowuję Nową Falę, także i krytyka nie wiedziała, że to jest jeden z pierwszych sygnałów nowego prądu. (…) Film został przyjęty przez fachowców filmowych z pewnym rodzajem oburzenia: że to jest skandal, że jakimś ludziom spoza branży daje się możliwości robienia filmu i oni kręcą coś, co jest dziwaczne, bezsensowne i bezfabularne.1 Tadeusz Konwicki
W słowach Tadeusza Konwickiego, przywołanych tu w formie motta, skondensowane jest w zasadzie całe znaczenie jego filmowego debiutu dla polskiej kinematografii.
Zjawisko tak zwanej Nowej Fali lat 60. to nie ewenement dotyczący tylko i wyłącznie kina francuskiego, angielskiego, niemieckiego, czechosłowackiego czy jugosłowiańskiego. To także coś, co przydarzyło się w historii naszego kina, kina polskiego, i kto wie, czy aby przypadkiem nie w oderwaniu i niezależnie od reszty Europy, bo w zasadzie u nas to nowe zjawisko dało znać o sobie nieco wcześniej.
Niektórzy filmoznawcy twierdzą, że wszystko zaczęło się już właściwie filmem Stanisława Lenartowicza pt. „Zimowy zmierzch” (1957). Że przełamał on nurt Polskiej Szkoły Filmowej i wcześniejszy socrealistyczny schemat werbocentryczny, jaki nadal obowiązywał w filmie. Wielki znawca kina Aleksander Jackiewicz pisał swego czasu o nawiązaniach do niemieckiego ekspresjonizmu, a nawet i do surrealizmu! Sam reżyser wyparł się tego porównania, twierdząc, że ekspresjonizm to rozdział zamknięty, bo Lenartowicz to skromny człowiek, bez zgubnych naleciałości snobistycznych. A na przykład Grzegorz Królikiewicz wyznał kiedyś, że ponoć nawiązał filmem „Na wylot” (1973) do tego osławionego nurtu. Bodaj każdy reżyser chciałby przypiąć sobie taką karteczkę świadczącą o pewnym prestiżu, ale… Lenartowicz miał przecież rację.
Tak więc na liście polskiej nowej fali wymienić należałoby nie tylko nazwiska powtarzające się najczęściej — Wajdy i Munka — lecz również Tadeusza Konwickiego, literata, który kręcąc filmy niejako z amatorstwa i nie zawodowo, swoim „Ostatnim dniem lata” wyprzedził eksperymenty francuskiej nowej fali, a „Zaduszkami” utwierdził swoją pozycję jako artysty subtelnych, psychologicznych nastrojów.2
Ciekawym jest fakt, iż scenarzystą owego „Zimowego zmierzchu” był Tadeusz Konwicki.3 To właśnie on zwykł czasem nieśmiało przypuszczać w swych dziennikach czy też w udzielanych rzadko wywiadach, że całkiem nieświadomie antycypował Nową Falę i zjawisko „kina autorskiego” — filmem „Ostatni dzień lata” (1958):
Nie chwalący się, a może i chwalący się, to ja jeden z pierwszych, a kto wie czy nie pierwszy w Europie, rozpocząłem owo dziwne coś w kinie, co zostało nazwane filmem autorskim albo nową falą w kinematografii. Te dwa terminy krytyka czasem łączyła przy pewnych reżyserach, przy innych rozdzielała. Ale wiadomo już dzisiaj, że pod koniec lat pięćdziesiątych wybuchła po prostu rewolucja artystyczna, technologiczna i produkcyjna w kinematografii europejskiej, która zupełnie odmieniła oblicze kina współczesnego. Ja byłem przy początkach, „Ostatni dzień lata” napisałem w pięćdziesiątym szóstym, a nakręciłem, z klanem rodzinnym Laskowskich, w pięćdziesiątym siódmym. Ale później utonąłem w fali naśladowców i bardzo często potem mnie nazywano naśladowcą moich naśladowców.4
Pod koniec lat pięćdziesiątych nakręciłem film „Ostatni dzień lata”, który był czymś w rodzaju zapowiedzi nowej fali w kinematografii.5
„Ostatni dzień lata” — był to z całą pewnością film eksperymentalny. Powstał praktycznie bez żadnych większych nakładów finansowych, a potraktowany został raczej wyłącznie jako „widzimisię” szaleńca, który stopniowo wciągnął w realizację swojej wizji kilka osób, które potem, dziwnym zrządzeniem losu, dzięki temu zajściu zdobyły wielki rozgłos i sławę. Praca nad filmem nastręczyła wielu trudności i kłopotów, wymagała też od twórców mnóstwa poświęceń, wyrzeczeń. O mały włos wszyscy, z Konwickim włącznie, nie przestaliby w ogóle wierzyć w sens jego powstawania: Wtedy kręciłem „Ostatni dzień lata”. Wszyscy pochorowali się od tego lodowatego Bałtyku i powyjeżdżali. Sam siedziałem w opustoszałym baraczku pośrodku ogromnych lasów, słuchając dalekiego huku morza i martwiąc się, czy uda mi się skończyć ten ryzykowny film.6
Całe szczęście ta powątpiewająca tylko chwilami grupa realizacyjna „Ostatniego dnia lata” stanowiła jednocześnie bliski krąg naprawdę dobrych znajomych reżysera, wierzących do końca w przyszły sukces filmu. Ta nieliczna ekipa była zresztą całkiem niezamierzonym spełnieniem jednego z późniejszych postulatów francuskiej Nowej Fali, który zakładał, że wymarzony zespół realizujący film winni stanowić najbliżsi przyjaciele reżysera.
Fakt, iż „Ostatni dzień lata” powstawał w trudnych warunkach, zarówno technicznych, jak i atmosferycznych, z pewnością zaważył na tym, że film jest tak skromny w swej formie czy wręcz ascetyczny. Z teoretycznymi założeniami szeroko pojętej Nowej Fali łączą go: naturalny plener, naturalne oświetlenie i ogólny niski budżet przeznaczony na jego realizację oraz niezwykle osobiste i subiektywne podejście twórcy, który, zostawiając w dziele liczne „ślady” swojego „ja”, czyli przypieczętowując film własnym autorskim stemplem, czyni go filmem autorskim, a sam staje się reżyserem-autorem. Lecz aktorzy byli całkowitymi profesjonalistami: Irena Laskowska — znana aktorka teatralna oraz Jan Machulski — wówczas mało znany, acz niezwykle uzdolniony młody aktor. Z tego względu raczej stronili oni od jakichkolwiek improwizacji, mimo że nie było nigdy scenariusza do filmu (był tylko prowizoryczny scenopis) — co przywodzi na myśl późniejszy film Jean-Luc Godarda „Do utraty tchu” (1960). Wykluczył też Konwicki wszelkie elementy przypadkowości z kadru. Konsekwentnie też zastosował w filmie zasadę trzech jedności — miejsca, czasu, akcji: W filmie Ostatni dzień lata (1958) nic się nie dzieje. W wielu filmach polskich nic się nie dzieje, ale w tym szczególnie, świadomie, i z żelazną konsekwencją. Na ekranie morze, plaża i przez godzinę dwoje ludzi. Ona wypalona, już niemłoda; on nieśmiały, narwany, trochę źrebak z samobójczymi skłonnościami. Można ten film wydrwić bez litości, ale można go też przeżyć.7 — pisał Aleksander Jackiewicz.
Kadr z filmu; zródło: filmpolski.pl
Oczywiście, nawet trzeba go przeżyć, aby móc nazywać siebie człowiekiem cywilizowanym. Bo w jego prostocie zakodowany jest odwieczny problem Konwickiego jako reprezentanta pokolenia Kolumbów (to jest akurat cecha oddalająca Konwickiego od francuskiej nouvelle vague, w której chodziło o dopuszczenie do głosu głównie młodych twórców, reprezentantów nowego pokolenia8) — trauma wojenna, nieumiejętność podołania bolesnym wspomnieniom, stracona młodość, przegrana przyszłość i tak dalej. Te problemy pojawiają się wszak w każdej jego książce i w każdym kolejnym filmie i wyznaczają jego styl od strony treściowej. Toteż następne dzieło filmowe Konwickiego — „Zaduszki” (1961) — będzie nad wyraz podobne do debiutu, może tylko nieco mniej surowe.
Oszczędność środków wyrazu na rzecz głębokiej introspekcji, kameralnego studium psychologicznego bohaterów noszących w sobie piętno wojny, skrzywdzonych przez historię — oto znak rozpoznawczy wczesnej fatalistycznej twórczości filmowej Tadeusza Konwickiego.
W „Ostatnim dniu lata” nad wyraz prosta sytuacja — zaledwie jeden dzień i tylko dwoje ludzi — lecz tyle wystarczy, aby rozegrać się mogła tragedia. Oboje z jakąś tajemniczą przeszłością i oboje bez żadnej przyszłości. Nie mogą być razem, chociaż niewątpliwie tego potrzebują. Ona wierna Penelopa, jemu nic w życiu nie wyszło. Głęboki pesymizm, powojenny brak perspektyw, brak nadziei — a cała ta treść ujęta w przejmującą formę: pustka plaży, bezkres morza, ciężkie chmury wiszące nad głowami bohaterów i co chwila samoloty (stanowiące leitmotiv filmu) przeraźliwie „buczące” w powietrzu. Nie dość też, że na plaży leżą wciąż powojenne niewypały, to jeszcze na niebie straszą te żelazne myśliwce. Bohaterowie trwają zatem w nieustającym poczuciu strachu, nie tyle wynikającym z wewnętrznej traumy, co napierającym z zewnątrz. Echa wojny wciąż pobrzmiewają przecież dookoła i przypominają im ich własne doświadczenia, a kto wie, czy nie tragedie, jakich nie tak dawno najpewniej doznali.
Film otwiera panorama nadmorska z migoczącą w dali czarną sylwetką ludzką. Ujęcie to udźwiękowione jest kobiecym głosem z offu. Oto głos głównej bohaterki filmu. Poznajemy dzięki temu chwytowi czyjeś wspomnienia o transportach ludności w wagonach bydlęcych. Dowiadujemy się także o charakterystycznym podejściu do ludzi, o braku zaufania, lęku: Zasłaniam się przed ludzkim gestem, zasłaniam się przed odruchem czułości.9 Kobieta przemawia tu w imieniu zbiorowości, w imieniu wszystkich ludzi zmiażdżonych trybami historii, w tym również Konwickiego, pomimo tego, że czyni to w pierwszej osobie. Zdawać by się mogło co prawda, iż do czynienia mamy bezpośrednio z jej historią, lecz w dalszej części filmu okazuje się, że tragedia kobiety polegała na utracie jedynej osoby, jaką kiedykolwiek kochała. Mylił się zatem p. Jacek Fuksiewicz pisząc, jakoby: Kobieta w OSTATNIM DNIU LATA przeżyła śmierć ukochanego-lotnika i obóz koncentracyjny.10 Cały ten komentarz z offu, będący, nota bene, fragmentem wiersza Tadeusza Różewicza, którego twórczość znowu da o sobie znać w „Salcie” (1965) — w postaci zacytowanego w nim poematu pt. „Spadanie”, wprowadza nas jedynie w temat „Ostatniego dnia lata”, stanowi ekspozycję filmu i jest zarazem kluczem do jego interpretacji: Poetycki monolog zawiera więc informację metatekstową, którą można odczytać: „Jesteśmy w Polsce lat pięćdziesiątych”. Pierwsze ujęcie determinuje odbiór następnych ujęć przez adresata, włączającego odtąd postacie bohaterów do określonej społeczności.11 — ta teoria, autorstwa p. Tadeusza Lubelskiego, zdaje się być właściwsza, ale dlaczego „w Polsce lat 50.”? Że w Polsce — owszem, ale lat 50.? Przecież właśnie taki był zamysł Konwickiego — aby i czas, i przestrzeń pozostały bliżej nie skonkretyzowane. To mógł być przecież równie dobrze rok 1945, jak i… 1960. Ów komentarz nie zapowiada jednak narracji subiektywnej, gdyż reszta filmu utrzymana jest w duchu względnego obiektywizmu.
Następuje przejście od planu ogólnego do pełnego, następnie amerykańskiego, w końcu do zbliżeń, w których ukazani są wreszcie sami bohaterowie. Na tej zasadzie przechodzenia od planów większych do serii zbliżeń budowana jest cała mikrodramaturgia OSTATNIEGO DNIA LATA.12 Długo trzeba będzie jednak czekać, zanim padnie pierwsze słowo. W tym miejscu daje o sobie znać estetyczny formalizm Konwickiego na płaszczyźnie dialogowej, oparty na skrajnej oszczędności wypowiedzi. Słowo zostaje sprowadzone tu do absolutnego minimum, a o surowości dialogów przesądzają ostatecznie jakże urokliwe postsynchrony. Głos nie jest zbyt dobrze skorelowany z obrazem, a więc podłożony jest po prostu źle, co spowodowane było metodą pracy nad filmem — dźwięk nie był rejestrowany na planie, zatem w studio odtwarzany musiał być wyłącznie z pamięci (przypominam o braku scenariusza). Lecz błąd ten jest w gruncie rzeczy do wybaczenia, dzięki temu właśnie, że nie mamy z nim zbyt często do czynienia! Film broni się zatem sam — dzięki swej genialnej prostocie. Warstwę dźwiękową uzupełnia jeszcze liryczna melodia, czyniąca film „poetyckim”.
Poza znaczną sztucznością, jaka wkradła się do filmu za winą zastosowanych w nim postsynchronów, znalazło się też w „Ostatnim dniu lata” kilka błędów montażowych. Naiwne ściemnienia à la film przedwojenny bawią współczesnego odbiorcę, a absolutnie daleki od płynnego montaż twardy wnoszą do filmu nieco zamieszania. Cała kompozycja filmu traci przez to na harmonijności. Bardzo dobre jest jednak połączenie dwóch ostatnich ujęć — samolotów na niebie i kobiety wchodzącej do morza, ukazanej „z lotu ptaka”. Poza tym wyjątkiem, montaż pozostawia wiele do życzenia i nie jest to raczej zamierzony, jak w przypadku — na przykład — wspomnianego „Do utraty tchu”. Ale z drugiej przecież strony, to jest właśnie ta cała znamienna surowość filmu.
Oczywiste jest także, iż film nie został zbudowany według paradygmatu scenariuszowego, bo scenariusza nigdy nie było — o czym już nie raz wspomniałam. Zresztą metraż „Ostatniego dnia lata” jest zbyt krótki. Niecałe 60 minut, teoretycznie podzielone na 3 akty, dawałoby 20 minut na każdy akt. Taka próba podziału nie daje jednak żadnych rezultatów, a ewentualne punkty zwrotne występują zbyt wcześnie. Zaczyna tu Konwicki eksperymentować z surrealistycznym zniwelowaniem roli czasu, a informacja o tym przekazana zostaje bezpośrednio w filmie — w scenie, w której „tonie” zegar słoneczny.
W twórczości Tadeusza Kowickiego, w jego prozie, lub na przykład w o wiele późniejszym filmie „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971) do czynienia mamy zawsze z „czasoprzestrzennym pomieszaniem”, a stosowane w nich elipsy czasowe wprowadzają wręcz nieznośny kontrast między poszczególnymi scenami. Natomiast w przypadku „Ostatniego dnia lata”, przy teoretycznym założeniu jego syntetyczności, wszelkie „błędy” montażowe mogą razić i stawać się nie do przyjęcia.
Aleksander Jackiewicz nie bez kozery stwierdził — na co zwróciłam uwagę już wcześniej — że filmie tym nic się nie dzieje. Lecz tam nie dzieje się nic nie tylko, jeśli mowa o treści. Nie-dzianie się zachodzi również na płaszczyźnie technicznej: kamera, jeśli nie jest statyczna, to wykonuje jedynie proste ruchy horyzontalne, a w porywie szaleństwa — aż trzy wertykalne. Ukazuje najczęściej spokojne czy wręcz apatyczne zachowania bohaterów. Jedyna scena z wykorzystaniem bardzo dynamicznej, „trzęsącej się” kamery ma miejsce tylko podczas „akcji ratunkowej” — a chodziło tu oczywiście o podkreślenie dramaturgii zdarzenia. Dość ciekawa, jak na „tamte czasy”, jest wykorzystana parokrotnie subiektywizacja wzrokowo-dźwiękowa, np. kiedy bohaterowie spoglądają w niebo, w morze, lub kiedy rozglądają się dookoła, czy patrzą na siebie wzajem. Dlatego właśnie wspomniałam wcześniej o względnym obiektywiźmie. Poza tym punkt widzenia kamery jest jak najbardziej „zewnętrzny”, „podglądający” bohaterów w działaniu.: Świat w „Ostatnim dniu lata” przedstawiany jest na ogół z zewnętrznego punktu widzenia: narrator ogranicza się do obserwacji zdarzeń i bohaterów, przekazując adresatowi tyle wiedzy o nich, ile mógł zdobyć uważny świadek. Dba przy tym o to, by adresat znajdował się zawsze w najdogodniejszym miejscu obserwacji, w czym przypomina trzecioosobowego narratora realistycznych powieści Konwickiego.13 — tak pisał o narracji „Ostatniego dnia lata” Tadeusz Lubelski. Dalej jednak dodał, powtarzając słowa Janusza Sławińskiego, iż (…) niezauważalność jest szczególnym sposobem aktywnej obecności narratora w strukturze utworu.14 I o tym właśnie, zdaje się, pisał Warren Bass, wyodrębniając obok obiektywizmu filmowego — jego interpretacyjność. Filmową obiektywność — według Bassa — można zdefiniować jako co najmniej stronnicze przedstawienie obiektu lub zdarzenia przed kamerą w granicach, na jakie zezwala medium. Jest ono spowodowane aktem woli, którym reżyser ogranicza ekspresję swego ja (w takim stopniu, jak to tylko możliwe), podporządkowuje ją przedmiotowi filmu, ogranicza zniekształcenia pochodzące od medium i ukierunkowuje swoje umiejętności na uczciwe zarejestrowanie obiektu lub zdarzenia.15 Stąd: Takie podejście zmierza do stosowania neutralnych punktów widzenia kamery, które ani nie wyolbrzymiają spojrzeniem z dołu, ani nie pomniejszają spojrzeniem z góry.16 Niestety, Konwicki nie zastosował się do tego typu ograniczeń, toteż należałoby dyskutować „Ostatni dzień lata” chyba raczej w kategorii rzeczonego stylu interpretacyjnego, aniżeli obiektywnego.
Jeśli mowa o kompozycji kadru, jest ona starannie przemyślana i wyważona. Do czynienia mamy po prostu z ciągiem „ładnych obrazków”, w których dominuje centralizm. Sylwetki bohaterów, jeśli już pokazywane są w planie pełnym lub zbliżeniu, są idealnie wpisane w kadr, wypełniają go z geometryczną precyzją. A akcentem każdego takiego ujęcia jest — choć może zabrzmi to banalnie — spódnica bohaterki, odznaczająca się charakterystycznymi grubymi, czarno-białymi pasami.
U Konwickiego jedną z najważniejszych ról odgrywa symbolika. Toteż, bardzo wiele znaczy w „Ostatnim dniu lata” — na przykład — powtórzenie tego samego ujęcia, w którym to: raz dwójka bohaterów biegnie po linii horyzontu, a raz ona sama, już po jego dwuznacznym zniknięciu.17 To oczywiście symbol — bohaterka znowu jest samotna, ktoś ją opuścił. Bardzo pomysłowe jest też ujęcie, kiedy kamera śledzi lustrzane odbicie wizerunku kobiety na mokrym piasku, przez co postać ta przemieszcza się na ekranie „do góry nogami” (ten sam chwyt techniczny wykorzystał Konwicki w „Jak daleko stąd, jak blisko”, gdzie rozmowa głównego bohatera z Maksem zarejestrowana zostaje poprzez ukazanie ich twarzy w lustrzanym blacie stołu18). W sztuce filmowej — zresztą nie tylko, bo przede wszystkim przecież w malarstwie — lustrzane odbicie zawsze sugerowało, iż do czynienia mamy z portretem psychologicznym bohatera.
Całkiem wiele wnosi jedno ze zdjęć „przyrodniczych” filmu — zbliżenie na poczwarkę, która w swej mozolnej wędrówce zostawia za sobą ślad na piasku. Odczytać można to znowu jako symbol — symbol śladu, jaki pozostał w bohaterach. Śladu po doświadczeniach z przeszłości, po utracie bliskiej osoby. Ostatecznie wszystko i każdy coś po sobie zostawia — jej na przykład zostały po nim tylko bursztyny. Stąd też wzięło się parokrotne filmowanie samych stóp bohaterów idących po plaży i pozostawiających na niej odciski, czy też obecność jakichś zniszczonych przedmiotów, m.in. skrzynek, będących śladami czyjejś dawnej egzystencji. Jeszcze jeden ważny element to nakreślony patykiem na piasku rysunek samolotu. Ona myśli, patrząc na ów szkic najpewniej o kimś, kogo straciła, o kim mówiła wcześniej, że poszedł na wojnę, potem przedostał się do Anglii, latał gdzieś na jakichś samolotach19; on dorysowuje na samolocie człowieka. Bohaterka szybko odsuwa rękę mężczyzny, gorączkowo próbuje odciąć się od przeszłości, nie dopuścić w ten sposób do powrotu dręczących ją wspomnień.
Wpisanie człowieka w przyrodę (a raczej pomiędzy dwa żywioły — ziemię i wodę) jest oczywiście też niezwykle znaczące. Po pierwsze, wyprowadził w ten sposób Konwicki bohatera popaździernikowego filmu polskiego z ruin miasta, odrealnił tym samym świat przedstawiony na ekranie. Po drugie, skontrastował tego bohatera ze stateczną naturą — pomimo wojny nic się w niej przecież nie zmieniło. Morze, plaża, roślinność na wydmach, ptaki na niebie20 nadal istnieją. Tylko człowiek już nigdy nie będzie taki sam. Bohaterowie filmu nie potrafią porozumieć się ze sobą, dotrzeć do siebie, normalnie rozmawiać. Dlatego też znalazła się w filmie scena, w której odgrywają oni spożywanie wytwornego posiłku, niby w drogiej restauracji, a nie na nadmorskiej wydmie. Tylko udając coś, aranżując fikcyjne sytuacje, tak naprawdę rozmawia im się najlepiej, bez obaw i strachu. Trzeba zauważyć, jak dalece ta gra ich wciąga i jak gorzki jest powrót do rzeczywistości. Lepiej jest więc żyć w świecie iluzji, umownych irracjonalnych zasad. Kolejnym razem on, ni z tego, ni z owego, mówi: Chodź, pokażę ci miejsce, gdzie zbudujemy nasz dom.21 A ona idzie, bez słowa pogrąża się w marzeniach o niestałym „zamku na piasku”.
Starganie losu polskiego: co kilka lat nowy etap, nowa scena, nowy układ. Żadnej ciągłości. To, co przychodzi, nie wynika z tego, co było. Co było wczoraj, dziś jest zwalczane albo straciło znaczenie, już się nie liczy. Nic się nie sumuje, niczego nie można zgromadzić, niczego uformować. Wszystko zaczynaj od początku, od pierwszej cegły, od pierwszej bruzdy. Co zbudowałeś — będzie porzucone, co wzeszło — uschnie. Dlatego budują bez przekonania, na niby. Tylko irracjonalne jest trwałe — mity, legendy, złudzenia, tylko to jest osadzone. (…)
Dezorientacja, zagubienie człowieka biorą się także stąd, że ma on zakłócony sens czasu, że sens ten jest dla niego trudno uchwytny. Cała przeszłość jest niejasna, ciągle przywracana i odwoływana, uznawana lub potępiana, w rezultacie człowiek nie widzi w niej trwałego oparcia, wskazówki, zdecydowanej inspiracji. Teraźniejszość jest również pozbawiona ducha pewności i zachęty, częściej czujemy się w niej jak goście, czy nawet — ofiary, niż jak twórcy i rządcy. A przyszłość? Ta bardziej przypomina potrzask i loch niż kryształowy pałac, w którym za chwilę służba zapali światła i zacznie przygotowywać nam ucztę.22
Duet bohaterów „Ostatniego dnia lata” przypomina mi osobiście inną tragiczną parę filmową — o dwa lata starszą dwójkę bohaterów „Kanału” (1956) Andrzeja Wajdy, a mianowicie łączniczkę „Stokrotkę” (Teresa Iżewska) i Jacka „Koraba” (Tadeusz Janczar). Tutaj również, jak w filmie Konwickiego, to kobieta właśnie zdaje się być, mimo wszystko, tą silniejszą „połową”, realistką, pragmatyczką, podczas gdy mężczyznę początkowo cechuje typowa donkiszoteria, a później już tylko rezygnacja i beznadzieja. W dodatku, ta Wajdowska para także przeżywa męki: psychiczne — jak bohaterowie „Ostatniego dnia lata” oraz fizyczną mitręgę. A co najważniejsze, zawsze, kiedy rozgrywa się scena z ich udziałem, towarzyszy tej scenie nostalgiczna muzyka okaryny, w wykonaniu Adama Pawlikowskiego — tragicznej postaci polskiej kinematografii — który zagrał (czołówka filmu głosi, że „podał”) również charakterystyczną melodię Saint-Saënsowską do „Ostatniego dnia lata”. Zresztą nie ma niczego dziwnego w tym, że Konwicki zainspirował się „Kanałem”. Miał pełne prawo do tego, aby do niego w jakiś sposób nawiązać, gdyż to właśnie on, skromny Konwicki, zaproponował ponoć wielkiemu Wajdzie realizację opowiadania Jerzego Stefana Stawińskiego. Być może zatem Konwicki potraktował filmowy „Kanał” jako coś, do powstania czego przyłożył lekko rękę i tym samym zawoalował sprytnie ten subtelny związek między filmem Wajdy a swoim późniejszym debiutem. Ergo „Ostatni dzień lata” może stanowić pewne „przedłużenie” „Kanału”, luźną kontynuację tamtego damsko-męskiego wątku wojennej pary.
Premiera „Ostatniego dnia lata” miała miejsce 4 sierpnia 1958 roku. Co jest niezwykle ciekawe, w niecały miesiąc później — dokładnie 1 września 1958 roku, swą premierę miał film Stanisława Różewicza pt. „Wolne miasto”, również rozliczający się z wojną, lecz oparty na wydarzeniach autentycznych (obrona Poczty Gdańskiej) — a więc bezpośrednio podejmujący jej tematykę. W filmie owym znalazła się scena, w której na ekranie widzimy dwoje ludzi: mężczyznę i kobietę na pustej plaży… Co więcej, w rolę męską wcielił się Jan Machulski. Absorbuje uwagę również fakt, iż bohaterów niepokoją nadlatujące samoloty oraz to, że oboje przekonują się nawzajem do rzeczy niemożliwych — tyle że tutaj niemożliwych z powodu nadchodzącej wojny, a nie wojny już minionej. Pada nawet kwestia: Nic nie mów. Tak bym chciała uwierzyć w to wszystko23, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć w „Ostatnim dniu lata”, wypowiadana przez Irenę Laskowską! Trudno stwierdzić, wydać jakiś arbitralny osąd, mówiący o tym, czy: Różewicz odniósł się w tej scenie w jakiś sposób do debiutu Konwickiego, czy chciał obdarzyć tego twórcę szacunkiem, w jakiś sposób go adorować (adorować, ot, tak sobie lub „adorować zwrotnie” za to, że docenił Konwicki twórczość brata reżysera „Wolnego miasta” — czyli poetę Tadeusza Różewicza — poprzez wykorzystanie jego wiersza w „Ostatnim dniu lata”), czy też może chciał oddać hołd całej Polskiej Szkole Filmowej, zespołowi „Kadr”, dzięki któremu ona powstała, a także — co jest kluczowe — czy w ogóle widział „Ostatni dzień lata”. Być może podobieństwo scen w obu filmach jest po prostu kwestią zwykłego przypadku. Niemniej jednak, nie da się ukryć, iż oglądając „Wolne miasto”, zachodzi w świadomości odbiorcy totalny efekt déjà vu, względem debiutu Konwickiego.
Film „Ostatni dzień lata” miał zresztą dużo refleksów i to nie tylko w postaci tak drobnych niuansów, subtelnych epizodów, jak w przypadku „Wolnego miasta”. Sam reżyser mówi, że w jakiś sposób „wyszedł” z niego na przykład „Nóż w wodzie” Polańskiego.24 „Zaduszki” z kolei, a więc pośrednio także „Ostatni dzień lata” — ze względu na łudzące podobieństwo między filmami — stanowią wzór dla „Pociągu” (1958) Jerzego Kawalerowicza: Samotna kobieta i samotny mężczyzna udają się nad morze…25 Co więcej, namówił ponoć Konwicki tegoż Kawalerowicza również do adaptacji „Matki Joanny od aniołów” Jarosława Iwaszkiewicza, do którego to filmu sam opracował scenariusz. Potem Kawalerowicz powiedział o Konwickim: On zainspirował realizację wielu filmów, nie tylko moich. Miał wielki wpływ nie tylko na literacką stronę polskiej „szkoły filmowej” i innych produkcji.26 Podobno Konwicki przekonał też Kazimierza Kutza do realizacji jego filmów „śląskich” („Sól ziemi czarnej” z 1969 r., „Perła w koronie” z 1971 i in.) — bo skoro kocha on Śląsk tak samo, jak Konwicki Wileńszczyznę, to powinien o tym mówić głośno.
Cała warstwa merytoryczna omawianego tu filmu „Ostatni dzień lata” wyraźnie wskazuje również na fakt, iż mamy najzwyczajniej do czynienia z dramatem psychologicznym — gatunkiem, który w ówczesnym filmie polskim nie był zbyt popularny, a w zasadzie wcale nie miał prawa bytu. Były dramaty obyczajowe, historyczne i społeczne, na miarę miejsca, czasu i systemu politycznego. Gdyby nie ciekawy „Prawdziwy koniec wielkiej wojny” (1957) Jerzego Kawalerowicza czy wspomniany wcześniej „Zimowy zmierzch” Lenartowicza, można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że i w tym miejscu Konwicki był prekursorem.
W przypadku znajomości całej twórczości oraz biografii Tadeusza Konwickiego śmiało mówić można o przestrzeni diegetycznej filmu, czyli mając wiedzę o tym, jakie tematy poruszał wcześniej i później artysta w swoich książkach i filmach, i co przeżył, pewne rzeczy możemy sobie dopowiedzieć, możemy zabrać głos w „dialogu” z twórcą. Niektóre elementy „Ostatniego dnia lata” mogą być dla nas bardziej oczywiste i zrozumiałe, bo są na przykład wynikiem czegoś, jakiegoś faktu, zdarzenia z przeszłości albo też powróciły później w twórczości Konwickiego, a my zdołaliśmy się już z nimi zaznajomić.
Konwicki zawsze przyjmował postawę antywojenną. Dwa lata przed powstaniem omawianego tu bezsprzecznie antywojennego „Ostatniego dnia lata”, debiutował on również takąż powieścią, zatytułowaną „Rojsty” (cenzura wstrzymała ją w 1948 roku). A później to rozliczanie się z krzywdzącą polską historią, oskarżanie jej o zniszczenie życia, dominuje w całym jego dorobku twórczym. Ogólnie rzecz biorąc, jest odbiór Konwickego, w tym również „Ostatniego dnia lata”, przeznaczony dla widza-komparatysty, widza-erudyty pod każdym względem. Na ten przykład Tadeusz Lubelski nazywa pomijanie niektórych kwestii w filmowym debiucie Konwickiego — „strategią elipsy”.27 Odbiorca ma sam odczytać kontekst, domniemać rzeczy, które nie zostały podane wprost. To nowy rodzaj dialogu z widzem — gra intertekstualna, jakiej żaden z twórców filmowych do tej pory nie prowadził.
Wszystkie cechy filmu dowodzą więc jednego: że w 1958 roku był on czymś nowym, zgoła odmiennym od założeń Szkoły Polskiej, przełomowym i prekursorskim wobec wszystkich późniejszych „nowofalowych” eksperymentów. Jest tu co prawda nieco z romantycznej martyrologii28 — znamiennej na przykład dla twórczości Andrzeja Wajdy — kontynuowanej przez Konwickiego konsekwentnie we wspomnianych wcześniej „Zaduszkach” czy „Salcie” (1965), ale forma wnosi do kinematografii nową formę, nową poetykę i nowe środki wyrazu, a także bezsprzecznie zapoczątkowuje zjawisko „kina autorskiego” — stąd właśnie tytuł artykułu: „Kolumbowie awangardowi”. Czyli jest „Ostatni dzień lata” opowieścią o ludziach z tego właśnie pokolenia, ale opowieścią ujętą w nietradycyjną, wyznaczającą nowe kierunki formę.
Co więcej, debiut Konwickiego był też wkroczeniem pisarza na ekran (podobna sytuacja dotyczy także Jerzego Stefana Stawińskiego, Aleksandra Ścibora-Rylskiego czy Józefa Hena). A to znowu zdaje się być kolejnym faktem przybliżającym go do twórców francuskiej Nowej Fali, a także niewątpliwym kamieniem milowym w sztuce polskiej kinematografii: Udział Konwickiego w twórczości filmowej może stanowić przykład ilustrujący nowe związki łączące film z literaturą. (…) Nowe — tzn. stanowiące jak gdyby kolejny etap rozwojowy filmu i telewizji w kulturze literackiej.29 — pisała Pola Wert.
Oprócz własnego kina osobistego, które zyskało z czasem wymiar bliski onirycznemu, lecz nie onirycznemu sensu stricto, stworzył przecież Konwicki także kilka scenariuszy do dzieł kuriozalnych, m.in. do wspomnianej już „Matki Joanny od aniołów” (1960), „Faraona” (1965) i „Austerii” (1982) Jerzego Kawalerowicza30, „Jowity” (1967) Janusza Morgensterna, czy też do „Kroniki wypadków miłosnych” Andrzeja Wajdy z 1985 roku — według własnej powieści, rzecz jasna. Tu Konwicki jawi się również jako aktor, grający rolę Nieznajomego, a pośrednio samego siebie. Ciekawy to film, mimo tego, co mówi na jego temat krytyka. Moim zdaniem sztuczność gry aktorskiej, jaką się mu zarzuca, jest właśnie elementem trafionym (!). Konwicki w literackim pierwowzorze wskazywał bowiem na dystynkcję, ogładę i oficjalny ton, jakimi charakteryzowała się ludność, w tym również młodzież, przedwojennej Wileńszczyzny, co było zresztą, według autora — i według mnie także — jej ogromną zaletą. Pokazali zatem, najpierw Konwicki w literackim pierwowzorze, następnie w scenariuszu do „Kroniki wypadków miłosnych”, a dalej Wajda w swym filmie, afektację, szereg sztucznych i anachronicznych dziś zachowań charakterystycznych dla opisywanej epoki.31
Długo trzeba było czekać, zanim polska krytyka dostrzegła w debiucie Konwickiego całą tę jego niezwykłość, jakiej na powrót staram się dowieść. Zanim to nastąpiło, „Ostatni dzień lata” zdobył kilka znaczących nagród na festiwalach zagranicznych, w tym pierwsze Grand Prix dla polskiego filmu (!) na festiwalu w Wenecji w 1958 roku (IX MF Filmów Dokumentalnych). Tak zaczęła się reguła, która objęła później filmy „nowofalowe” twórców takich jak Roman Polański czy Jerzy Skolimowski — reguła bycia docenionym jedynie poza granicami Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. I tu Konwicki znowu okazał się pierwszym: Później obrażona krytyka już mi nigdy nie darowała. A obraziła się na mnie tylko dlatego, że przeoczyła mnie, nie doceniła, i nie zrozumiała, co się dzieje. Moi następcy już byli pieszczeni, nawet pieszczeni wściekle, jakby mnie na złość, hołubieni, naukowo łaskotani, wynoszeni pod kinowe niebiosa. A o mnie zawsze było głucho. Mało pisali i kwaśno pisali. Odęci, nabzdyczeni, nieprzebłagani. Na mnie się obrazili za swój brak refleksu. Mnie przyłożono biczem za to, że nie potrafili w porę dostrzec swojej ubóstwionej później „nouvelle vague”. Zostałem skreślony za wcześniactwo.32
„Ostatni dzień lata” dodatkowo był też punktem zwrotnym w życiu Konwickiego33, jego osobistym „przewrotem kopernikańskim”, przejściem od postępowania ściśle według partyjnych nakazów propagandowo-indoktrynacyjnych do wolnego działania podług własnego imperatywu wewnętrznego, własnego apriorycznego prawa moralnego:
Zebrałem się około połowy 1957. Z kilkoma przyjaciółmi wyjechałem nad morze kręcić film „Ostatni dzień lata”. Wyjeżdżałem żegnany szyderstwem, przekleństwem, szczerym życzeniem złamania karku.
I tam nad tym zimnym jak lodownia morzem, w strasznym i samotnym sierpniu, miesiącu bezksiężycowym, miesiącu spadających gwiazd, co podobno spełniają ludzkie marzenia albo zachcianki, tam jednej nocy z zadartą do góry głową zrozumiałem, że nade mną jest niebo gwiaździste, a prawo moralne we mnie.34
Być może należałoby jeszcze dodać, aby poprzez „całe” spektrum wiedzy o Konwickim móc dojść do jakiejś „obiektywnej” prawdy o nim, iż wcześniej święcie wierzył w słuszność poprzedniego ustroju politycznego, w słuszność racji Partii — na co w naszym dorobku kulturowym pozostały jawne dowody, zawarte nie tylko zresztą w spuściźnie artystycznej samego Konwickiego (czyli np. w quasi-reportażu „Przy budowie” z 1950 r. czy w tendencyjnej acz ciekawej „Władzy” — powieści o trzy lata późniejszej), ale również w twórczości innych pisarzy. Na ten przykład niepochlebnie napisał o Konwickim niezłomny bikiniarz warszawski, tak samo bezczelny, jak utalentowany, Leopold Tyrmand w swym „Dzienniku 1954”: Litowałem się nad sobą, nie nad Konwickim; ten ma w końcu, co sam chce, o co się stara i walczy; zresztą odpowiednie komórki zawsze podsuną mu parę złotych, z głodu nie zginie, póki ma partyjną legitymację w kieszeni. Ale ja?35
Postawa życiowa Tadeusza Konwickiego zawsze była nacechowana ambiwalencją, ambiwalencją w tym przypadku targającą nim od członkostwa w Partii do opozycyjnego podziemia, w którym wydawał rozliczne „samizdaty”. Wielu zresztą szło tą samą drogą — żeby posłużyć się metaforą — najpierw w lewo, potem w prawo, jak na przykład Kazimierz Brandys. Dodać muszę, iż Tadeusz Konwicki w arkana socjalizmu wprowadzony został przez Jerzego Borejszę, członka Komunistycznej Partii Polski, PPR i PZPR, dzięki któremu zajmował wysokie stanowisko (kierownik techniczny) w „Odrodzeniu” — tygodniku społeczno-kulturalnym.36 To również ten sam Konwicki, który w latach 80. wydał serię podziemnych książek, na naradzie SPATiF’u w 1954 roku wyartykułował słynne stwierdzenie, że: nieważne, czy nasze filmy są dobre, ważne, że są socrealistyczne. Gwoli ścisłości dodam jeszcze, iż oficjalnie oddał Konwicki legitymację partyjną dopiero w 1966 roku, wraz z Julianem Stryjkowskim, Wisławą Szymborską oraz wspomnianym Kazimierzem Brandysem, po usunięciu z PZPR Leszka Kołakowskiego. Lecz mimo wszystko — podsumowując już — realizacja „Ostatniego dnia lata” była pewnym znaczącym przełomem w życiu artysty.
© 2005-2006 Emilia Walczak
1 T. Lubelski, Zacząć na nowo — rozmowa z Tadeuszem Konwickim, [w:] Debiuty polskiego kina, red. M. Hendrykowski, Wydawnictwo „Przegląd Koniński”, Konin 1998, s. 83.
2 K. T. Toeplitz, Kino dla wszystkich, Iskry, Warszawa 1964, s. 180.
3 Był to drugi scenariusz w jego dorobku, po socrealistycznej „Karierze” napisanej wraz z Kazimierzem Sumerskim, a zrealizowanej przez Jana Koechera w 1954 roku (premiera w 1955).
4 T. Konwicki, Nowy Świat i okolice. Z rysunkami autora, Czytelnik, Warszawa 1990, s. 80.
5 T. Konwicki, Pamflet na siebie, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1997, s. 61.
6 Tamże, ss. 120-121.
7 A. Jackiewicz, Glossa o „Ostatnim dniu lata”, [w:] tegoż, Moja filmoteka. Kino polskie, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1983, s. 229.
8 Pod tym względem reprezentantom francuskiej Nowej Fali odpowiadają raczej polscy twórcy, tacy jak Jerzy Skolimowski czy Roman Polański.
9 Lista dialogowa filmu.
10 J. Fuksiewicz, Tadeusz Konwicki, Warszawa 1967, s. 29.
11 T. Lubelski, Poetyka powieści i filmów Tadeusza Konwickiego (na podstawie analiz utworów z lat 1947-1965), Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1984, ss. 91-92.
12 J. Fuksiewicz, dz. cyt., s. 33.
13 T. Lubelski, Poetyka powieści i filmów Tadeusza Konwickiego (…), dz. cyt., s. 90.
14 Tamże, s. 91.
15 W. Bass, Obiektywność filmowa a styl wizualny, [w:] Panorama współczesnej myśli filmowej, red. A. Helman, „Universitas”, Kraków 1992, s. 136.
16 Tamże, s. 137.
17 Moim zdaniem należy zwrócić uwagę na fakt, iż bohaterka filmu parokrotnie zasypia, toteż zakończenie filmu (zniknięcie bohatera) równie dobrze może być tylko snem, jak i snem może być w ogóle sam fakt istnienia tego tajemniczego mężczyzny!
18 Przed Konwickim, ten sam dość niekonwencjonalny sposób ukazania rozmowy bohaterów wykorzystała Halina Bielińska w swym nietuzinkowym filmie pt. „Sam pośród miasta” (1965), a także Jerzy Skolimowski w „Rysopisie” (1965) czy później Janusz Kondratiuk w „Jedenastym przykazaniu” (1987) i wielu innych.
19 Lista dialogowa filmu.
20 Ptaki są również bardzo ważnym symbolem w „Maturze” (1965) Konwickiego, i znaczą dokładnie to samo, co w omawianym tu „Ostatnim dniu lata”.
21 Lista dialogowa filmu.
22 Ryszard Kapuściński, Lapidaria, Czytelnik, Warszawa 1997, ss. 35-39.
23 „Wolne miasto”, lista dialogowa
24 St. Nowicki, Pół wieku czyśćca. Rozmowy z Tadeuszem Konwickim, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 128.
25 Tamże, ss. 135-136.
26 M. Dipont, St. Zawiśliński, Wydawnictwo „Skorpion”, Faraon kina, Warszawa 1997, s. 88.
27 T. Lubelski, Poetyka powieści i filmów Tadeusza Konwickiego (…), dz. cyt., s. 97.
28 Jacek Fuksiewicz zaprzecza jednak temu, twierdząc, iż: filmy Konwickiego są przeciwieństwem romantycznych i ekspresyjnych filmów Wajdy. [J. Fuksiewicz, Film i telewizja w Polsce, WAiF, W-wa 1981, s. 29.], z czym ja osobiście nie mogę się zgodzić.
29 P. Wert, Kino i telewizja w kulturze literackiej, [w:] Kino i telewizja, red. B. W. Lewicki, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1984, s. 204.
30 Ponoć przyłożył również Konwicki swą rękę do scenopisu „Pociągu” (1958) Kawalerowicza oraz napisał z nim scenariusz do nigdy nie powstałego — niestety — filmu według „Pożegnań” Stanisława Dygata („Pożegnania” ostatecznie zekranizował Wojciech Jerzy Has w 1958 r.).
31 B. Głębicka-Giza, Dolina Issy, Lawa i Kronika wypadków miłosnych. O autorskiej twórczości Tedeusza Konwickiego, „Kwartalnik filmowy”, 2003, nr 44 (104), s. 205.
32 T. Konwicki, Nowy Świat i okolice, dz. cyt., ss. 80-81.
33 Dlatego też postać kreowaną w „Ostatnim dniu lata” przez Jana Machulskiego uznać można za alter ego Tadeusza Konwickiego (choć nie tak wyraźne, jak w przypadku „Jak daleko stąd, jak blisko”) — pragnie on zacząć od nowa, rozczarowany swoją dotychczasową postawą życiową, która nie przyniosła mu ani szczęścia, ani nawet cienia satysfakcji.
34 T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Czytelnik, Warszawa 1989, ss. 60-61.
35 L. Tyrmand, Dziennik 1954, RES PUBLICA, Warszawa 1989. Wydanie krajowe I, s. 116.
36 W „Nowym Świecie i okolicach” nazywa jednak Konwicki „Odrodzenie” — „spółdzielnią wydawniczą”. Zdaje się, iż miał w tym miejscu na myśli „Czytelnika”. Zastanawia mnie, czy ze strony autora była to pomyłka zamierzona, czy też nie i w jaki sposób umknęła ona uwadze cenzora, tudzież recenzenta czy wydawcy „Nowego Światu”. Zmuszona jestem pozostawić tę kwestię nierozwiązaną, a w powyższym tekście umieścić wersję odpowiadającą faktom.
konwicki.art.pl > Interpretacje > Kolumbowie awangardowi
© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS