k. konwicki.art.pl
O twórczości Tadeusza Konwickiego

Styczeń 2007

Gra czy zabawa? — o strategii autorskiej Tadeusza Konwickiego z perspektywy kulturoznawcy Emilia Walczak

Gra czy zabawa — oto jak wyraża się Roger Caillois, kontynuator, ale i reformator przedwojennej (mowa o II wojnie światowej) myśli Johana Huizingi („Homo Ludens”, 1938), stawiając jednocześnie znak równości między tymi dwoma pojęciami. Pisze na przykład: Gra czy zabawa jest…1, a więc traktuje te pojęcia jak synonimy, słowa zamienne. Podobnie współcześni — Manfred Eigen (noblista w dziedzinie kinetyki szybkich reakcji chemicznych) i Ruthild Winkler-Oswatitsch. Piszą oni: Kto chce brać udział w grze musi się podporządkować obowiązującemu regulaminowi, w przeciwnym razie psuje zabawę.2 Dopiero Krzysztof Wolicki, tłumacz książki Eigena i Winklera „Gra” (1975), wskazuje na liczne nieporozumienia i rozmijanie się cytowanych w niej wypowiedzi Theodora Adorna i Johana Huizingi, co jest skutkiem zbyt rozległego pola znaczeniowego das Spiel3. Wolicki skorygował wypowiedzi Huizingi w następujący sposób: (…) zmuszony byłem powstawiać w nawiasach „gra” obok „zabawy” i „ludyzmu”, ponieważ pojęcie „gry” jest znacznie węższe niż das Spiel (…).4 Mimo to, pojęcia gra i zabawa są niestety nadal mylone ze sobą i zamiennie stosowane [zob. chociażby: M. Filipiak, Obszar badawczy socjologii kultury, [w:] tegoż, Socjologia kultury. Zarys zagadnień, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2003.].

Ja już w samym tytule tych rozważań dokonuję rozróżnienia między grą a zabawą, pytam: to czy tamto?, stawiam warunek: albo to, albo tamto. Co prawda nie czynię tych dwu słów przeciwieństwami, dwoma określeniami stojącymi w zdecydowanej opozycji wobec siebie, lecz robię te Huizingowsko-Cailloisowskie synonimy — alternatywami. A więc: albo coś jest grą, albo zabawą. Coś, co jest grą — zabawą być nie może, i odwrotnie. Łączy je natomiast fakt, iż obie mogą być strategią, oczywiście strategią w znaczeniu artystycznym.

Wielu współczesnych badaczy twórczości pisarza-filmowca Tadeusza Konwickiego nazywa jego strategię autorska — grą. Mówią: On gra z czytelnikiem, gra z widzem; gra z odbiorcą, konstatują zdecydowanie: To jest gra. Lecz aby być graczem, trzeba mieć ku temu bezwarunkowo pewne inklinacje. Konwicki takowych nie ma, nie jest „typem gracza”. Jego działalność artystyczna jest raczej zabawą. Gra posiada pewne reguły, jasno określone, zrozumiałe dla wszystkich jej uczestników i przez nich akceptowane i przestrzegane — reguła fair play. Konwicki nie liczy się z odbiorcą, przynajmniej nie w takim stopniu, jakiego teoretycznie wymagałaby gra. Jeżeli jakieś „reguły” dają się zauważyć w twórczości Konwickiego, to na pewno autor ten nie troszczy się o to, czy są one zrozumiałe dla potencjalnego odbiorcy. Jeśli tak, to bardzo dobrze, jeśli nie, to też bardzo dobrze — tak z pewnością powiedziałby sam Mistrz. Ażeby móc grać, potrzebne są przynajmniej dwie osoby, bądź dwie drużyny rywalizujące ze sobą. Bawić można się w pojedynkę, grać już nie, o czym doskonale wie każdy, kto kiedykolwiek próbował grać sam ze sobą w „Kółko i krzyżyk”, a próbował każdy, a więc każdy wie: to nie ma sensu. Tak więc jeśli Konwicki nie zakłada w ogóle istnienia jakiejś „drugiej strony”, a przynajmniej nie jest to dlań żadnym priorytetem w procesie twórczym, jeśli tworzy sam dla siebie (w przeważającym stopniu, bo tak całkiem sam dla siebie nie tworzy żaden artysta), to artystyczna działalność Konwickiego grą być po prostu nie może. Jest to zatem zabawa.

Nie robię filmów dla publiczności. Chcę robić po prostu dobre filmy — powiedział kiedyś Włoch Michelangelo Antonioni.5 Konwicki postępował podobnie, lecz może nie chodziło o filmy „dobre” (choć oczywiście każdy artysta ma takie ambicje, aby robić niezłe kino, nawet jeśli zaprzecza), a paradoksalnie: o „filmy dla siebie”. Wszystkie jego dzieła filmowe — a także książki — były bowiem w pierwszej kolejności formą oczyszczenia się, a więc były tworzone jakby dla siebie, na własne potrzeby.

Gra jest to proces dwukierunkowy — strony komunikują się ze sobą i wpływają na siebie. Oczywiście literatura i film są pewnym rodzajem komunikacji, niektórzy twierdzą nawet, że obustronnej, bo odbiorca wnosi do komunikatu swoje refleksje [zob. mój artykuł sprzed stu lat: „Komunikacja pisarz — czytelnik”], lecz to nie obliguje nas jeszcze do mówienia o nich jako o grze. Możemy ewentualnie powiedzieć, że pewien artysta zagrał sobie z odbiorcą (widzem lub czytelnikiem), lecz odbiorca mu nie odpowie, bo niby w jaki sposób miałby to uczynić? Pisząc doń obelżywy list po przeczytaniu książki czy obejrzeniu filmu? To działanie będzie już poza literackim czy filmowym komunikatem. Będzie post-komunikatem, marginalnie ważnym. Dlatego też, uogólniając, tych form działalności artystycznej, jakimi są pisarstwo i film — i to pisarstwo czy film kogokolwiek — nigdy nie będzie można określić mianem gry, choć to znowu z mojej strony stwierdzenie bardzo odważne, jako że sam Hans-Georg Gadamer uważał sztukę za grę („Aktualność piękna. Sztuka jako gra, symbol, święto”, 1974). Moim zdaniem należałoby jednak mówić tutaj raczej o zabawie. I myślę, że twórczość Tadeusza Konwickiego jest niczym innym jak taką właśnie zabawą.

Powróćmy pamięcią do czasów dzieciństwa. Przypomnijmy sobie wszystkie nasze gry i zabawy z tamtego okresu. Bawić mogliśmy się sami, na przykład w domu, zanim jeszcze poznaliśmy inne dzieci. Był to zatem proces wcześniejszy niż gra. Nie miał on nigdy jakichś określonych reguł czy wytycznych co do postępowania, zawsze można było weń wnieść nowe elementy, zrealizować nowe pomysły i nie był to proces tak „stresujący” jak gra, a bardziej beztroski, choć nie mniej emocjonujący. Gra przyszła później, gdy poznaliśmy już inne dzieci i gdy nasz umysł znajdował się na nieco wyższym stopniu rozwoju, co było warunkiem zrozumienia reguł gry. Być może rozważania te nie mają zbyt wiele wspólnego z samym Konwickim, lecz ich zadaniem jest służyć uchwyceniu różnicy między grą a zabawą. Proszę również nie myśleć, że umieszczam Konwickiego na niższym szczeblu rozwoju artystycznego, mówiąc, że bawi się, a nie, że gra. Nie, i broń mnie przed tym dobry Panie Boże! Po prostu, według mnie, prowadzenie literackiej czy filmowej gry jest niemożliwe. Zabawa — owszem.

Zabawa jest dobrowolną czynnością lub zajęciem, dokonywanym w pewnych ustalonych granicach czasu i przestrzeni według dobrowolnie przyjętych, lecz bezwarunkowo obowiązujących reguł, jest celem sama w sobie, towarzyszy jej zaś uczucie napięcia i radości, i świadomość „odmienności” od „zwyczajnego życia” — pisał wspomniany Huizinga.6 Strach podejmować polemikę, lecz „bezwarunkowo obowiązujące reguły” należałoby, moim zdaniem, wykluczyć z tej definicji. I dopiero tak rozumianą zabawę możemy odnieść do twórczości Konwickiego.

Przyjrzyjmy się sytuacji następującej: jeśli błyskotliwy czytelnik zauważy pewną analogię między poniższymi fragmentami prozy Tadeusza Konwickiego, to co to oznacza?

Moja poczytność to wielkie kosze z przecenionymi cegłami. Jestem honorowym klientem przeceny. Kosztuję na niej trzy złote od sztuki. Trzy złote za moje lewitacje, wadzenia się z Bogiem i kosmogoniczne poetyzowania.7

Jakieś prymitywne czytadła trafiają pod strzechy i pod złocone dachy pałaców, a książki, w których jakiś biedak zapisał niejasne przeczucie porządku Kosmosu, leżą w koszach na przecenie (…).7

Czy oznacza to „1:0” dla mnie, czytelnika, za dostrzeżenie tej analogii i wyciągnięcie wniosku, że: Konwicki jest przewrotny? Bynajmniej nie, bo to nie jest gra, ja nie gram z Konwickim, ja tylko obserwuję jego zabawę.

Jest to jedyna relacja, jaka ma szansę zaistnieć między nami, odbiorcami sztuki a każdym poszczególnym autorem dzieł literackich czy filmowych, w tym również Tadeuszem Konwickim. I zanim ktoś zechce ferować, że: To jest gra, niechaj najpierw zastanowi się nad znaczeniem tego symbolicznego uogólnienia, jakim jest to słowo — gra.

Jest jeszcze jedna kwestia, która dotyczy zarówno procesów gry i zabawy, jak też twórczości literackiej, filmowej, wreszcie: całego naszego życia. (Czy nim rządzi, czy nie, to temat na osobny wywód). Kwestią tą jest przypadek. Poniższy cytat, jakim kończę te rozważania, w odniesieniu do wspomnianych wyżej książek Konwickiego leżących w koszach na przecenie, jest doskonałym przykładem na przypadkowość, jaka spowija cały nasz świat. Julio Cortázar zechciałby mówić tu o czystej alchemii przypadku:

Byli jednak wśród Mędrców ludzie odznaczający się fenomenalną pamięcią. Ich to określali koledzy uczeni oraz uczniowie słowami „kosz pełen książek” (sal male sefarim).9

Nic dodać, nic ująć.

© 2006 Emilia Walczak

1 Zob. R. Caillois, Gry i ludzie, przekład A. Tatarkiewicz, M. Żurowska, Oficyna Wydawnicza VOLUMEN, Warszawa 1997.
oraz:
R. Caillois, Żywioł i ład, wyboru dokonał A. Osęka, przełożyła A. Tatarkiewicz, przedmową opatrzył M. Porębski, PIW, Warszawa 1973.

2 M. Eigen, R. Winkler, Gra. Prawa natury sterują przypadkiem, przełożył K. Wolicki, przedmową opatrzył Z. R. Grabowski, PIW, Warszawa 1983, ss. 15-16.

3 Tamże, s. 322.

4 Tamże.

5 M. Kornatowska, Wstęp, [do:] Michelangelo Antonioni. Scenariusze (Przygoda, Noc, Zaćmienie, Czerwona pustynia, Powiększenie), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1976, s. 5.

6 J. Huizinga, Homo Ludens. Zabawa jako źródło kultury, przełożyli M. Kurecka i W. Wirpsza, „Czytelnik”, Warszawa 1967. Wydanie I, ss. 48-49.

7 T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, „Czytelnik”, Warszawa 1989, s. 170.

8 T. Konwicki, Zorze wieczorne, Wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1991, s. 186.

9 W. Tyloch, Opowieści mędrców Talmudu, wstępem i słownikiem opatrzył W. Pałubicki, Wydawnictwo „FENIKS”, Gdynia 1993, s. 10.

konwicki.art.pl > Interpretacje > Gra czy zabawa?

z Google

© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS