k. konwicki.art.pl
O twórczości Tadeusza Konwickiego

Wrzesień 2007

Piotr Litwic

Zapraszamy na przechadzkę po kilku punktach Warszawy, śladami Tadeusza Konwickiego. Na zimowy spacer okolicami Nowego Światu.

Aparat fotograficzny wziął Piotr Litwic, a książki Przemek Kaniecki.

Warszawę zobaczył Tadeusz Konwicki po raz pierwszy w 1945 roku, późną wiosną. Po przedostaniu się przez granicę polsko-radziecką, podczas długiej wędrówki przez Polskę w nowych granicach.

Po raz drugi — kilkanaście miesięcy później. Już jako korektor „Odrodzenia”; redakcja przenosiła się z Krakowa do stolicy i młody redaktor przybył tu razem z tygodnikiem, by osiąść na stałe.

Obraz miasta z tego czasu zawarł najpełniej w „Nowym Świecie i okolicach” z 1986 r., swojej trzeciej książce wspomnieniowej.

Mój nowy świat, wielki świat Europy, kiedy przyjechałem tu z rodzinnej Wileńszczyzny, to było kilkanaście podziurawionych przez kule gmachów i ogromna masa suteryn, piwnic, walących się składzików, pieczar czarnych od sadzy, tuneli śmierdzących rozpadającymi się trupami. Ten nowy świat nie zaskoczył mnie swoim ogromem, przepychem cywilizacyjnym, egzotyką gwałtowności życia.

Potem, właściwie nie wiadomo kiedy, Nowy Świat podniósł się z ruin. Stał się raptem na przestrzeni dwóch czy trzech lat przyzwoitą ulicą naśladującą obrazy Canaletta. Bardzo szybko w tych sztucznych zabytkach z osiemnastego wieku zagnieździło się życie może uboższe i bardziej szare niż przed wojną, ale za to agresywne, zachłanne, zwycięskie. I ja się tam pojawiłem jako lokator nowej kamienicy na ulicy Górskiego, która biegnie od Szpitalnej i zatrzymuje się od tyłu przed bramą domu Nowy Świat 41.

Kiedy przechodzimy przez tę bramę, wyrasta przed nami Pałac Kultury i Nauki — który absolutnie króluje nad tą przestrzenią, którego sylwetka zaznacza swą obecność niepodzielnie, wszechwładnie. Mieszkańcom tej części Śródmieścia Pałac dosłownie zagląda w okna.

Ulica została nazwana na cześć Wojciecha Górskiego, zasłużonego warszawskiego pedagoga. Stoi tu popiersie profesora, przy skwerku u przecięcia ulicy nazwanej imieniem nauczyciela i ul. Juliana Tuwima, w miejscu, gdzie kończy się deptak prowadzący z bramy od Nowego Światu.

Na ten pomnik ma widok z okna Tadeusz Konwicki — i bohaterowie książek zamieszkujący w domu Autora. Na popiersie to patrzył od czasu do czasu pisząc sylwy i patrzą na to popiersie narratorzy rozgrywających się tu powieści. Przy nim rozgrywała się wielka batalia o akację, opisana w „Kalendarzu i klepsydrze”, a wcześniej w „Zwierzoczłekoupiorze”.

Niedaleko stąd znajduje się jeszcze jeden interesujący nas pomnik.

Jeleń ten stoi w podwórzu bramy przy Nowym Świecie 45, dobrze widoczny zresztą i z samej ulicy. Koło tego pomnika, idąc podwórzami a nie samym Nowym Światem, przechodził do szkoły jeszcze w latach sześćdziesiątych Piotr ze „Zwierzoczłekoupiora” (Piotr mieszkał, oczywiście, w domu przy pomniku Wojciecha Górskiego, a chodził, najprawdopodobniej, do pobliskiej Szkoły Podstawowej im. J. Korczaka, znajdującej się na tyłach Nowego Światu i Alej Jerozolimskich; obecnie tutejsze podwórza zostały odgrodzone i przejścia przesmykami za Nowym Światem już nie ma).

W lokalu tuż przy tejże bramie mieści się od lat dziewięćdziesiątych kawiarnia państwa Blikle, w której Tadeusz Konwicki i jego przyjaciele mają swój stolik. Idąc więc przed południem do „Bliklego”, pisarz-reżyser codziennie mija z daleka sylwetkę jelenia.

Rzeczywiście Nowy Świat z lotu ptaka, a właściwie widziany z samolotu, wygląda jak zakrzywiona szabla turecka. A poprawiłem się dlatego, że naprawdę to nie wiemy, co widzą ptaki. Więc nie ma co powoływać się na latającą „żywiołę”, lepiej oprzeć się na wrażeniach braci ssaków dwunożnych.

Nowy Świat nie jest ulicą długą. Od ulicy Świętokrzyskiej do Alej Jerozolimskich ma może sześćset, może siedemset metrów (udaję niewiedzę, żeby uruchomić encyklopedystów śród czytelników). Za Alejami jeszcze Nowy Świat biegnie ze sto pięćdziesiąt metrów i ginie w placu Trzech Krzyży.

(Dopisek encyklopedysty: Nowy Świat ma jeszcze parę metrów więcej, niż podał Konwicki, bo zaczyna się faktycznie przed skrzyżowaniem z ulicą Świętokrzyską, na placyku z pomnikiem Mikołaja Kopernika, przy froncie Pałacu Staszica.)

Kawiarnia „Blikle” mieści się, idąc od bramy na Górskiego, w kierunku placu Trzech Krzyży i Alej Ujazdowskich. To także kierunek na Wiejską. Przy bramie z dostojnym jeleniem przechodzi więc pisarz także po południu, zdążając na obiad do kawiarni „Czytelnik”.

Miejsce, gdzie Nowy Świat przecinają Aleje Jerozolimskie, to rondo noszące dziś imię Charlesa de Gaulle’a; stoi przy nim pomnik francuskiego męża stanu. Pośrodku ronda jest wysepka, na której staje w finale „Kompleksu polskiego” bohater utworu — dziś rośnie tu sławna warszawska palma. Zanim przejdziemy całe następne sto pięćdziesiąt metrów Nowego Światu i wejdziemy na dalszy plac Trzech Krzyży, musimy zatrzymać się jeszcze w połowie tego krótszego odcinka Nowego Światu, jest tam bowiem dosyć istotna dla historii polskiej kultury okresu powojennego i dla Konwickiego ulica.

Jeśli stoimy tyłem do Alej Jerozolimskich, po naszej prawej stronie znajduje się krótka uliczka Mysia (zob. fotografię po lewej stronie), przy której — na rogu z ulicą Bracką, tj. mniej więcej w okolicy łososiowej kamienicy Urzędu Pracy — stał gmach cenzury. Został on rozebrany po rozwiązaniu urzędu, na początku lat dziewięćdziesiątych; na jego miejscu wzniesiono m.in. budynek PAP-u.

Po przeciwnej stronie Nowego Światu rozciąga się natomiast gmach dzisiejszej giełdy warszawskiej — a niegdyś siedziby KC PZPR (fotografia powyżej ukazuje widok od ul. Mysiej na Nowy Świat).

Do „Czytelnika” Tadeusz Konwicki chodził codziennie przez kilka dekad PRL-u. Jeśli wyruszał z domu przy ulicy Górskiego, był do bramy odprowadzany przez pałac noszący niegdyś imię Józefa Stalina, później zaś przechodził częścią Nowego Światu przypominającą wybetonowany wąwóz: z olbrzymim gmachem KC z jednej strony, i z siedzibą cenzorów z drugiej.

Dopiero po przejściu kilkunastu metrów od ronda wkracza się pomiędzy odbudowane po wojnie kamieniczki, zamykające Nowy Świat. Zaraz też otwiera się przed nami rozległy plac Trzech Krzyży.

Powyższa fotografia przedstawia plac od strony przeciwnej do Nowego Światu (ulica kończy się na skrzyżowaniu na tym zdjęciu niewidocznym, znajdującym się za kościołem).

We „Wniebowstąpieniu” bohater podchodzi do kościoła, gdzie odprawiana jest jakaś bardzo dziwna nocna msza (domyślamy się, że jest to msza dla zmarłych), później zaś ważną rolę odgrywa stojący tu sławny szalet publiczny, szalet-pikieta — który dziś jest odmalowany na żółto i nie spełnia już swych dawniejszych funkcji (budyneczek widoczny w samym środku zdjęcia). W „Małej apokalipsie” koło tego szaletu pokładają się nietrzeźwi demonstranci.

Od placu Trzech Krzyży zaczynają się między innymi stanowiące dalszą część Traktu Królewskiego Aleje Ujazdowskie oraz ulica Wiejska. U początku Alej mieści się SPATiF, a przy Wiejskiej, jak wiadomo, „Czytelnik”.

Kiedy młody pracownik „Odrodzenia” został przeniesiony do Warszawy, zakwaterowano go w ocalałym Bristolu, później zaś przydzielone mu zostało lokum właśnie w okolicy tego placu (stąd państwo Konwiccy przeprowadzili się na tyły Nowego Światu dopiero w połowie lat pięćdziesiątych).

Powyżej skwer w pobliżu Wiejskiej — przy Frascati zaczynają się przestrzenie parków Solca. Warto wiedzieć, że drzewa tych parków sadził w latach powojennych także m.in. Tadeusz Konwicki.

(…) wylądowałem w pierwszym domu odbudowanym dla pracowników „Czytelnika”, na ul. Frascati — wspomina Konwicki w „Pamiętam, że było gorąco”. — Dostałem tam mieszkanie. Obok, na pustej działce — Wiejska 12, stanął budynek, który mianowano sztabem głównym „Czytelnika”. Był tam duży gabinet szefa — Jerzego Borejszy, sala konferencyjna i pokoje redakcyjne. Na dole urządzono stołówkę „czytelnikowską”. Odbywały się tam nawet Sylwestry, na których i ja ostro tańczyłem.

Potem przyszedł czas, kiedy trochę się od Wiejskiej 12 oddaliłem. Przeniosłem się do „Nowej Kultury”, która przestała być pismem „czytelnikowskim”. Po odejściu z „Nowej Kultury” byłem w „Kadrze”, współpracowałem z „Iskrami”. Ciągle jednak „Czytelnik” był po sąsiedzku, bo na Frascati mieszkałem aż do 1956 roku. Przyzwyczaiłem się do niego.

Właśnie w 1956 roku zacząłem przychodzić do kawiarni „Czytelnika” z niejakim Leopoldem Tyrmandem, z którym się wtedy zakolegowałem. Siedzieliśmy przy stoliku, z szyderczymi minami pijąc kawkę. Powoli przysiadano się do nas. (…) I w ten sposób, mimo że Tyrmand wyemigrował, ja tam osiadłem, trzymając stolik ze współbiesiadnikami.

Wybraliśmy się na ten spacer przez tych parę miejsc Warszawy, ponieważ jesteśmy głęboko przekonani o sporych walorach poznawczych tej i podobnych wędrówek.

Co do tych podobnych: topografia Warszawy ma naprawdę spore znaczenie dla twórczości Konwickiego, w przestrzeni przedstawionej w powieściach i filmach zawarte są ważne tropy interpretacyjne. Nie jest przecież przypadkiem, że bohaterowie „Wniebowstąpienia” przechodzą od placu Trzech Krzyży do Alej Jerozolimskich ulicą Bracką, czyli ukośną uliczką zamykającą Mysią od strony przeciwnej do Nowego Światu — jeśli czytelnik przesunął się w myślach wraz z nimi po tej przestrzeni (albo, jeśli nie zna Warszawy, przebiegł palcem po mapie stolicy), to odczytał zakodowaną aluzję do sytuacji wolności słowa w PRL-u. Inny przykład: w „Jak daleko stąd, jak blisko” protagonista odprowadza swoich przyjaciół na pociąg i żegna się z nimi na zawsze; rozpoznanie przez widza scenerii Dworca Gdańskiego pogłębia symbolikę obrazu Marcowego pożegnania.

Odkrywanie tej topografii nie było jednak naszą ambicją — fotografie nie miały być żadnymi ilustracjami do książek. Nie chcieliśmy wybrać sobie tylko na przykład „Wniebowstąpienia” i stronica po stronicy, krok po kroku chadzać z aparatem przez warszawskie wiadukty, mosty, przy Ścianie Wschodniej, po Łazienkach. To byłaby wycieczka dokumentarna, naukowa: Piotr zrobiłby piękne zdjęcia, sporo by one mogły uzmysłowić odbiorcy Konwickiego niemieszkającemu w Warszawie, ale poza tym chyba odebrałyby one czytelnikowi jego własną estetyczną konkretyzację tej powieści; to miasto jest w niej jednak przecież nie do końca rzeczywiste, jest ono zbudowanym na podstawie tego rzeczywistego (z lat sześćdziesiątych) miastem-widmem.

Dlatego udaliśmy się krótką trasą od nyży, co jak gołębnik zawisa nad ulicą dyrektora Górskiego (cytat z „Kalendarza i klepsydry”) do stolika w „Czytelniku”, wskazując tylko czasami takie czy inne punkty, które zaadaptowane zostały przez pisarza-reżysera. Nie chcieliśmy też być wścibscy. Jeśli chodziło o dotknięcie jakiejś sfery prywatności Tadeusza Konwickiego — to o dotknięcie tej mentalnościowej, tej, którą odsłania sam Autor oprowadzając nas choćby w „Nowym Świecie i okolicach” po swojej Warszawie, opisując te przestrzenie a nawet szkicując je. Tych kilka zdjęć miało dać jakiś obraz, który ukazywałby przestrzeń, z którą przez lata twórca obcuje i na którą ten twórca jest bardzo wrażliwy.

Konwicki jest obserwatorem, przechodniem. Pomyśleliśmy, że może takie pochwycenie fragmenciku tego, co obserwuje od lat, przybliży odbiorcy miasto, jakie wpisał twórca w swoje książki i filmy.

Styczeń-luty 2007

Postscriptum

Jest jeszcze kilka miejsc okolic Nowego Światu, które dobrze byłoby sfotografować. Kilka miesięcy po pierwszym spacerze, już latem, idziemy ku dwóm naprawdę najistotniejszym.

Tym razem nie w kierunku Alej Jerozolimskich, ale ku Krakowskiemu Przedmieściu, w pobliże drugiej ulicy przecinającej Nowy Świat, Świętokrzyskiej.

Pod Kościół Świętego Krzyża.

Świątynię dla Warszawy niezmiernie ważną. W latach powojennych pomnik i ruiny kościoła poszerzyły dla warszawian swą symbolikę.

Tadeusz Konwicki przechodził tędy codziennie w drodze do i z drukarni na placu Unii Lubelskiej. Było to niewiele czasu po tym, jak w Krakowie przeżywał okres bardzo intensywnych poszukiwań religijnych. Niezależnie od późniejszych rozstrzygnięć światopoglądowych i kolejnych, i kolejnych poszukiwań, figura wznosząca się nad traktem pozostała dlań niewątpliwie punktem orientacyjnym ogromnie ważnym.

I pod drzewko przy Ordynackiej, w pełnej teraz popołudniowego słońca części Nowego Światu. Zieleń drzewka, dość zawadiacko wyrastającego ze ściany zabytkowego ciągu poważnych klasycystycznych kamieniczek, sympatycznie uśmiecha się do przechodzących tędy warszawiaków i turystów.

To między innymi o tym drzewku Tadeusz Konwicki wspomniał w rozmowie z Małgorzatą Terlecką-Reksnis („Nasze histerie i nasze nadzieje”, „Gazeta Wyborcza” 3 I 1994): Nadzieją jest sama siła życia. Na Nowym Świecie może Pani zobaczyć kilka drzewek, które przetrwały zburzenie i spalenie miasta. Przetrwały stalinizm i klęskę odbudowy. Przetrwały kilka systemów i kilka reżimów. Dzisiaj rosną sobie bujnie w tym skołatanym mieście. To jest cała skromna nadzieja.

© 2007 Piotr Litwic + Przemysław Kaniecki

konwicki.art.pl > Galerie > Piotr Litwic

z Google

© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS