k. konwicki.art.pl
O twórczości Tadeusza Konwickiego

Listopad 2007

Magdalena Madaj

Nagle odezwał się gong przy moich drzwiach. Zamarłem koło okna, nie wierząc własnym uszom. Byłem przekonany, że to urządzenie nie funkcjonuje już od wielu lat. Ale wytworny dźwięk ksylofonu powtórzył się natarczywiej. Wciągając na grzbiet stary szlafrok, prezent od szwagra, Jana L., ruszyłem czujnie pod próg. Uchyliłem drzwi.

Na tyłach tej kamienicy, a był to dom, gdzie mieszczą się na Nowym Świecie dwa sklepy ze zwierzętami, więc na tyłach od strony ulicy Górskiego stał na asfaltowym skwerku ogromny milczący tłum. Wszyscy trzymali w rękach słoiki, plastikowe woreczki z wodą, akwaria, a w tych naczyniach sennie poruszały się rybki. Czerwone, złote, szare, czarne, białe.

Wszedłem tam, a ona zamknęła drzwi. Przy oknie, pod światło, stała dziewczyna o ogromnych, jakby zbitych w wojłok włosach, na których żarzył się rudy blask.

Ułamałem na półpiętrze kawałek szyby. Z niewiadomej przyczyny był okopcony. Spojrzałem przezeń w niebo, gdzie znowu pobłyskiwały spieszne refleksy słońca. Ale w tych czasach nikt już nie obserwował zaćmień słońca i księżyca. Popieprzyły się ludziom daty oraz terminy we wszystkich blokach ustrojowych i militarnych.

Drzwi zatrzasnęły się za mną z przykrym chrzęstem jakiejś maszynerii. Znalazłem się w poczekalni z fotelami i uschniętą zielenią. Na jednym z foteli półleżał mój znajomy dygnitarz, towarzysz Kobiałka. Widać ubrano go przemocą, bo koszulę miał obróconą na lewą stronę, buty nie zasznurowane, a krawat zwisał z oparcia fotela.

Wreszcie zobaczyłem Kolkę Nachałowa, który siedział przy sporym stoliku z jakąś blondynką o stapirowanych mocno włosach, czego najstarsi ludzie nie pamiętali. Miała wielką czerwoną twarz o energicznych zmarszczkach, duże usta powiększone jeszcze obfitą, czerwoną jak krew szminką, a i biustu też jej nie brakowało.

Wchodzę na jakieś szmaty, które walają się po podłodze. Dopiero teraz widzę, że Jan leży w wannie. Ma na sobie koszulę, trochę zadartą, tak, że widać pod nią żałosne przyrodzenie starego człowieka. Bezwładne ręce dotykają przykurczonych nóg oblanych jakimś płynem, może lekarstwem, a może resztką słodkiej wódki. (…) Dopiero teraz spostrzegam, że ściana wanny za nim oblepiona jest rzygowinami. Jakąś okropną substancją z żołądka karmionego jedynie alkoholem.

Mijaliśmy drzewka, na których nie zmieściłby się nawet gołąb, ale które rodziły zminiaturyzowane owoce, każde podparte gałązką lub zeschłym badylem. Weszliśmy w ciepły krąg ogniska, z którego wiatr porywał iskry i niósł je w gęstniejącą ciemność (…) wokół ogniska siedziało kilkanaście kobiet. I wydało mi się, że śnię i że we śnie robię grzeszny rachunek sumienia. Bo były to wszystko kobiety, które kiedyś kochałem i z którymi, wstyd powiedzieć, żyłem.

Weszliśmy do kina razem z tym psem, co się przybłąkał, i z Tadziem, który dźwigał mój kanister.

(…) Wpycha mnie do przestronnej salki, gdzie kilku panów zza dużego stołu przygląda się sali obrad zjazdu uwidocznionego na kolorowym, zagranicznym telewizorze.

© 2007 Magdalena Madaj

konwicki.art.pl > Galerie > Magdalena Madaj

z Google

© 2006-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracowała Emilia Walczak, Zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS